I znowu wpis o koncercie

Mam w swoim życiu dwie miłości (tak naprawdę mam ich więcej, ale tutaj chcę pisać tylko dwóch): koncerty i ukraińską muzykę. Ich połączenie zawsze jest dla mnie powodem do wzbijania się na wyżyny entuzjazmu. Szczególnie, gdy koncertowi ma towarzyszyć rozmowa z muzykami. Wiadomość o koncercie zespołu Flit w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy była dla mnie bardzo miłą niespodzianką. Odliczałam sobie spokojnie dni, przesłuchiwałam nowa płytę (swoją drogą – bardzo przyjemną w odbiorze), słowem: naprawdę cieszyłam się na ten koncert.

Czytelnicy tego bloga lub osoby, które mnie znają, mogą już się domyślać, co zwiastuje ten wstęp. I słusznie, bo to będzie kolejna notka o wielkim rozczarowaniu. Na szczęście: to nie zespół był jego przyczyną. Wręcz przeciwnie, występ Ukraińców oceniam naprawdę wysoko. Widać, że zależało im na tym, by pokazać się z jak najlepszej strony, i uważam, że udało im się to osiągnąć. Szczególnie w momencie, w którym Andrij Markiw zapowiedział, że za chwilę zagrają ostatnią piosenkę, ale jest to utwór, którego tekst przetłumaczyli na polski. O tej piosence rozmawialiśmy zresztą przed koncertem, więc byłam ogromnie ciekawa, jak poradzi sobie z polszczyzną. Niestety, nie było mi dane się przekonać…

Na scenę weszli konferansjerzy i stwierdzili, że „nie, naprawdę musimy już kończyć”. Zwyczajnie wyrzucili zespół ze sceny. Po niespełna dwudziestu minutach i po zaledwie czterech piosenkach. Nie dając dokończyć rozpoczętego i zapowiedzianego w tak ciekawy sposób utworu.

Muszę przyznać, że byłam wręcz w szoku. Czy po to zaprasza się zespół z innego kraju, zmuszając w jakims sensie do przebycia naprawdę wielu kilometrów? Już nawet nie chce mi się wspominać, że Flit zagrał swój koncert o zupełnie innej porze niż było to podane w rozpisce: takie rzeczy mogą się zdarzać przy większych imprezach, rozumiem. Choć automatycznie przypomina mi się Męskie Granie, gdzie nigdy nie było nawet kilku minut spóźnienia (z wyjątkiem sytuacji, w której zespół po prostu nie dojechał). Niestety, akurat ta impreza ciągle pozostaje wyjątkiem, dlatego też na bałagan w programie mogę przymknąć oko. Jednak sytuacja, w której zespół został zwyczajnie wyrzucony ze sceny, napawa mnie ogromnym niesmakiem. Śmiało mogę powiedzieć, że poczułam się zwyczajnie oburzona.

Żeby jednak nie kończyć tak niewesołą myślą, powtórzę, że sam występ bardzo mi się podobał. Szczególnie ucieszyła mnie piosenka „Moja planeta” (poniżej wykonanie w starym składzie), która właściwie od pierwszego przesłuchania bardzo mi się podobała. Szkoda tylko, że to właśnie na niej zakończył się koncert…

P.S. Początkowo chciałam zatytułować tę notkę „WOŚP 2014, czyli jak nie powinny wyglądać koncerty”, ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Nie widziałam wszystkich występów (choć to już nie ma znaczenia, ta jedna wpadka naprawdę dyskwalifikuje organizatorów w moich oczach), ale też nie chciałabym, by ktoś odebrał to jako krytykę zespołu Flit. Nie, chłopcy z zespołu zdecydowanie dali sobie radę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s