„Amerykańscy bogowie” Neila Gaimana

Kiedy wypisałam sobie tytuły książek, które planuję przeczytać w 2014 roku, postanowiłam sobie także, że będę starać się napisać choć kilka słów o przeczytanych powieściach. Przede wszystkim po to, żebym pamiętała, co udało mi się przeczytać i jakie z tej lektury miałam wrażenia. Aktualne wyzwanie książkowe, w ramach którego publikuję względnie regularnie, uświadomiło mi, jak krucho jest z moją pamięcią. Niby czytam dużo – ale mało co zapamiętuję.

Kilka dni temu skończyłam „Amerykańskich bogów” Neila Gaimana, od których rozpoczęłam czytelniczy rok. Co prawda nie mam tej powieści na swojej liście, ale skoro już wpadła mi w ręce, to szkoda było marnować okazję. Nie żałuję, historia Cienia i spotykanych przez niego bogów, bardzo szybko mnie wciągnęła. W dodatku na kolokwium z metodologii badań literackich pozwoliłam sobie zinterpretować tę powieść w ujęciu psychoanalitycznym, dzięki czemu znalazłam w niej jeszcze parę rzeczy, które sprawiły, że opowieść o bogach w Ameryce spodobała mi się jeszcze bardziej.

Nie będę tutaj streszczać fabuły, chciałabym skupić się jedynie na rzeczach, który w szczególny sposób przykuły moją uwagę. Przede wszystkim: postać Cienia. Poznajemy go, gdy odlicza dni do wyjścia z więzienia. Z tego powodu sądziłam, że będzie to zupełnie inny typ bohatera, człowiek spod ciemnej gwiazdy, niezbyt inteligentny i tak dalej. Jednak każda kolejna strona przyjemnie mnie rozczarowywała. Do tego stopnia, że najpierw zaczęłam odczuwać do niego sympatię, która zmieniła się w szacunek, a potem także we współczucie. Kibicowałam mu z całych sił i miałam nadzieję, że przetrzyma dziewięciodniowe czuwanie.

Właściwie najbardziej przeżywałam tę ludzką historię, opowieść o człowieku, którego świat runął i który musi teraz zacząć wszystko od początku, ale najpierw – znaleźć siebie. I w końcu odnajduje (właśnie o tym pisałam na kolokwium). A bogowie? Są tłem. Owszem, odgrywają całkiem sporą, a nawet kluczową rolę w całej fabule, ale to nie oni najbardziej mnie interesowali, choć muszę przyznać, że zostali świetnie zarysowani i przedstawieni. Sama idea wojny nowych bogów ze starymi i końcowe przesłanie również przypadły mi do gustu. Oczywiście, Gaiman nie odkrył tu Ameryki (że pozwolę sobie tak mało śmiesznie zażartować), ale owe przesłanie podał w bardzo ładnym opakowaniu. Przyjemnie było do niego docierać przez tych ponad pięćset stron.

Podsumowując: warto.

***

Nie jestem już młody jaki kiedyś, ale jedno wiem: nigdy nie odmawiaj propozycji sikania, zjedzenia czegoś i półgodzinnej drzemki.

***

Kobiety przeżywają swoich mężczyzn. Mężczyźni tacy jak on nie żyją długo po śmierci żony. Sam zobaczysz. Zacznie krążyć bez celu. Odkryje, że wszystko co znajome, odeszło wraz z nią. Zmęczy się życiem, zacznie gasnąć, a potem podda się i umrze. Może zabije go zapalenie płuc albo rak, a może zatrzyma mu się serce. Nadchodzi starość i człowiek traci wolę walki. Wtedy umiera.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “„Amerykańscy bogowie” Neila Gaimana

  1. Pingback: Neil Gaiman, „Koralina” « Natalia Kościńska

  2. Pingback: Czytelnicze podsumowanie 2014 roku « Natalia Kościńska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s