30-Day Book Challenge: dzień 19.

Dzień dziewiętnasty: ulubiona ekranizacja

O, tutaj mam spore pole manewru, bo od razu przyszło mi do głowy parę tytułów. Nie tylko ekranizacji w dodatku, bo moim pierwszym skojarzeniem była adaptacja teatralna „Braci Karamazow” w reżyserii Janusza Opryńskiego. Miałam okazję oglądać ten spektakl w ramach wrocławskiego festiwalu „Dialog”. Wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że do dziś o nim pamiętam i myślę z zachwytem. Dlatego jeśli ktokolwiek będzie miał okazję wybrać się do teatru na „Braci Karamazow”, niech się nawet nie zastanawia. Warto. A gdyby to było mało, to w tym miejscu podzieliłam się swoimi wrażeniami z tego spektaklu.

Ale pytanie dotyczy ekranizacji, a nie spektakli teatralnych. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to dwie adaptacje „Dumy i uprzedzenia”: sześcioodcinkowy serial BBC i film z Keirą Knightly. Oba te filmy oglądałam niezliczoną ilość razy i za każdym razem czerpię z nich tę samą przyjemność. Są po prostu dobrze zrobione i wierne powieści. Poza tym w obu przypadkach szalenie podoba mi się dobór aktorów. W serialu rolę pana Darcy’ego dostał Colin Firth i muszę przyznać, że jest w niej po prostu świetny. W szczególnie w scenie spotkania w Pemberly, kiedy pyta, czy „rodzina pani w dobrym zdrowiu?”. Ach, uwielbiam ten fragment. Nie bez znaczenia dla moich zachwytów jest też fakt, że bardzo, bardzo lubię Colina Firtha i filmy z jego udziałem. Szkoda tylko, że wyjątkowo źle obsadzono role Jane i Charlotty, ale nie można mieć wszystkiego. W wersji kinowej z kolei mamy Keirę Knightly, która świetnie wczuła się w rolę Elizabeth. Jest właśnie taka, jak być powinna.

Nie będę oryginalna, gdy przyznam się, że bardzo lubię też wszystkie trzy części „Władcy Pierścieni”. Oglądałam je kilkukrotnie i za każdym razem z tą samą przyjemnością. To naprawdę dobre filmy.

A teraz chciałabym powiedzieć o dwóch filmach, które były lepsze niż książki, na których podstawie je nakręcono. Po pierwsze, „Pachnidło”. Pisanemu pierwowzorowi nie mogę nic zarzucić, wręcz przeciwnie. Opisy były tak dobre i tak sugestywne, że autentycznie mnie mdliło od nadmiaru zapachów. Ta powieść wywarła na mnie naprawdę mocne wrażenie, ale to film jednak zachwycił mnie bardziej. Może właśnie dlatego, że nie działał aż tak silnie na zmysły, co w gruncie rzeczy utrudniało czytanie.

Drugi taki film to rosyjska produkcja „Volkodav. Ostatni z rodu Szarych Psów” nakręcony na podstawie powieści „Wilczarz” Marii Siemionowej. Film znalazłam zupełnym przypadkiem. Akurat szukałam wszystkiego, w czym zagrał Aleksandr Domogarow i okazało się, że właśnie dostał tam jakąś niewielką rolę. Dopiero po kilkukrotnym obejrzeniu filmu trafiłam na książkę. Przeczytałam ją z zapartym tchem, bo historia opowiedziana na ekranie bardzo mi się spodobała. I… rozczarowałam się. Fabuła bardzo różni się w tych dwóch wersjach i to z korzyścią dla filmu: wątki są ze sobą połączone, jeden wynika z drugiego, a zakończenie jest całkiem sensowne (choć bardziej romantyczne, nad czym nieco ubolewam. Akurat ten wątek lepiej wypadł w powieści). W książce z kolei nic nie trzymało się kupy. Raz bohaterowie robią jedno, potem coś zupełnie innego, żeby w końcu historia zakończyła się w zupełnie bezsensowny – moim zdaniem – sposób.  Ale w obu przypadkach jest coś, co mnie ujmuje bez reszty: najlepszym przyjacielem i wiernym towarzyszem głównego bohatera jest nietoperz. A ja przecież uwielbiam nietoperze. W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że w filmie mocno widać, jak jego producenci chcieli zrobić coś na miarę „Władcy Pierścieni”. Moim zdaniem nie wyszło im to tak źle, jak się o tym mówi.

Przy okazji rosyjskich filmów: widziałam najnowszą ekranizację „Anny Kareniny” Lwa Tołstoja. Również Keirą Knightly, która tym razem zupełnie nie pasowała mi do roli tytułowej bohaterki, ale mimo wszystko filmu nie zepsuła. Wręcz przeciwnie: całość wypadła nadspodziewanie dobrze i ostatecznie całość oceniam całkiem wysoko, choć nie da się ukryć, że hollywoodzcy producenci nie do końca mają pojęcie o specyfice carskiej Rosji. I Rosji w ogóle.

I na zakończenie jeszcze jedna ekranizacja, do której wracałam wielokrotnie. Wcale nie uważam jej za dobry film, a może nawet przeciwnie. Ale dla Aleksandra Domogarowa w roli Bohuna mogę przeżyć nawet Izabellę Skorupco jako Helenkę. I w filmowej, i książkowej wersji „Ogniem i mieczem” uwielbiam scenę u Horpyny, gdy Jurko wyznaje miłość Kurcewiczównie i mówi, że jest dla niego jak obraz w cerkwi. Uwielbiam jedną z ostatnich scen w filmie, gdy Skrzetuski prowadzi Bohuna na powrozie i w końcu puszcza go wolno. Właściwie uwielbiam całą rolę tego szalonego Kozaka: Domogarow jest w niej po prostu genialny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s