Stephen King, „Mroczna wieża. Roland”

Stephen King jest na tyle rozpoznawalnym pisarzem, że w pewnym momencie zaczęłam się nieco wstydzić faktu, że nie zdarzyło mi się przeczytać ani jednej jego książki. Postanowiłam więc w tym roku zapoznać się z „Miasteczkiem Salem” i pierwszym tomem cyklu „Mroczna wieża”.

Możliwe spojlery.

Co podobało mi się w „Rolandzie”? Przede wszystkim początkowa odwrócona chronologia. Poszczególne części kończyły się zapowiedzą opowieści o tym, co działo się wcześniej, a co miało wytłumaczyć sytuację, w której znajdowaliśmy bohatera. Zaraz potem następowała właśnie ta historia, opowiadana najczęściej z perspektywy głównego bohatera, tytułowego Rolanda. Żałuję, że taka konstrukcja skończyła się po pierwszych kilku rozdziałach (albo podrozdziałach, tego nie zapamiętałam) i dalej fabuła po prostu podążała do przodu. Oczywiście, retrospekcje nadal się pojawiały, ale nie w taki świetny sposób.

Również to, w jaki sposób poznawałam bohatera, muszę policzyć Kingowi na plus. Nie wykładał wszystkiego od razu, tylko powoli dokładał do cegiełki do obrazu, który tworzyliśmy sobie w głowie. Jednocześnie Roland cały czas był jakby nieobecny, lekko nieuchwytny, żył po swojemu, wymykając się opisom. Ostatecznie dało to naprawdę dobry efekt, choć pojawił się też i zgrzyt: fragment, w którym rewolwerowiec przyznaje się do miłości do Jake’a. Nie uwierzyłam w to jego uczucie. W żaden sposób nie przekonał mnie, że ono faktycznie kryje się za tymi słowami.

A co z kolei mnie nie porwało? Historia, która zaczynała się świetnie, intrygująco się rozbudowywała, ale kiedy dotarłam do końca – nie pomyślałam, że chcę wiedzieć, co wydarzy się dalej. Najzwyczajniej wcale mnie to nie interesuje. Nie zaciekawiało mnie, czym jest ta Wieża, do której Roland podąża i po co chce ją odnaleźć. Nie czuję potrzeby, by dowiedzieć się, co oznaczają przepowiednie wygłoszone rewolwerowcowi, o co chodzi z trójką co właściwie zrobił Marten. W jego przypadku może to wynikać stąd, że w całej powieści pojawił się zaledwie kilkukrotnie, za każdym razem na chwilę i nie zdążył sobą zainteresować, bo zaraz czytelnik tracił go z oczu. To moje wrażenie dodatkowo spotęgowało posłowie, w którym King przyznaje się, że on sam nie wie, jak ta historia będzie się układać i że większość jej elementów jest zupełnie przypadkowa, bo on nie zna ich przyczyn ani celów. Takie wyznanie bardzo mnie zniesmaczyło i w żaden sposób nie zachęciło do sięgnięcia po kolejne tomy. Może kiedyś to zrobię, ale na pewno nie w najbliższym czasie.

Podsumowując: „Roland” to średnia historia, ale za to napisana naprawdę sprawnie.

***

Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał w ślad za nim.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Stephen King, „Mroczna wieża. Roland”

  1. Pingback: Czytelnicze podsumowanie 2014 roku « Natalia Kościńska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s