Dawno, dawno temu…

W zasadzie nie przepadam za serialami  i nie rozumiem panującej na nie mody. Do tej pory, jeśli już jakiś oglądałam, to o – mówiąc ogólnie – psychopatach („Zabójcze umysły” i „Wyspa Harpera”, „Dextera” nie dałam rady). Wyjątkiem jest tutaj „Rzym”, który zresztą uważam za świetny. Ale on miał dwa sezony. „Wyspa Harpera” – jeden. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że „Dawno, dawno temu”, o którym wiele słyszałam i który bardzo mnie zainteresował, tych sezonów ma tylko trzy. Bo jak już oglądam serial, to niech on będzie chociaż krótki, logiczne, prawda? Ale tutaj zapędziłam się w kozi róg, bo nie wpadłam na genialny pomysł, że serial może nie być zakończony. No cóż. Trzeba będzie czekać na kolejne odcinki.

Możliwe spojlery.

Dlaczego w ogóle zabrałam się za „Once upon a time”? Kilkukrotnie opowiadała o nim koleżanka z Trickstera na Dniach Fantastyki we Wrocławiu czy na wykładzie z cyklu Kultury Niewysokiej. Spodobał mi się pomysł reinterpretowania klasycznych baśni – to w końcu bardzo często wykorzystywany motyw. Postanowiłam więc przekonać się, jak w tematem poradzili sobie Edward Kitsis i Adam Horowitz, twórcy serialu.

Fabuła zaczyna się dość prosto: Złej Królowej nie udało się dopaść Śnieżki, więc postanawia odebrać szczęśliwe zakończenie wszystkim baśniowym postaciom zamieszkującym Zaczarowany Las. W tym celu rzuca klątwę, która przenosi bohaterów do amerykańskiego miasteczka Storybrooke, gdzie otrzymują nową tożsamość. Oczywiście, nikt z wyjątkiem Reginy – Złej Królowej (a jak się potem okazuje także pana Golda – Rumpelsztyka) nie pamięta, kim tak naprawdę jest. Klątwa ma jednak słaby punkt: może zostać złamana przez owoc prawdziwej miłości, czyli w tym przypadku córkę Śnieżki i Księcia, Emmę, która do „realnego” świata została przeniesiona tuż po swoich narodzinach. W związku z tym ona również nie ma pojęcia, kim jest. Do Storybrooke sprowadza ją jej własny syn, którego oddała po porodzie, a którego zaadoptowała Regina.

Pierwszy sezon to opowieść o przemianie Emmy – pod wieloma względami. Uczy się być matką dla Henry’ego, zaczyna wierzyć w magię, a w końcu przełamuje klątwę. Baśniowe postacie odzyskują pamięć i odnajdują swoich ukochanych, a potem muszą pokonywać kolejne trudności. I dobrze, że serial nie kończy się na przełamaniu klątwy, bo tak naprawdę fabuła dopiero się rozkręca. Każdy kolejny sezon jest lepszy od poprzedniego. Pierwszy jest przeciętny i prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego nie zakończyłam po nim przygody z „Once upon a time”. Ale nie żałuję, bo w kolejnych odcinkach twórcy coraz odważniej korzystają z baśniowych motywów, coraz śmielej się nimi bawiąc i odwraając role, do którychjesteśmy przyzwyczajeni. Na uwagę zasługuje tutaj wątek Nibylandii i Piotrusia Pana jako bezwględnego demona marzącego o wiecznej młodości i władzy, który nie zawahał się poświęcić własnego syna, by osiągąć cel.

W ogóle postacie bardzo przykuwają uwagę, bardziej może nić cała fabuła. Bohaterowie się rozwijają, zmieniają. Świetnym przykładem jest tutaj Regina, czyli Zła Królwa, którą miłość do syna zmienia w bohaterkę. Zaprzyjaźnia się ze Śnieżką (no dobra, to akurat uznaję za lekkie przegięcie), ale to nie przeszkadza jej być wredną i nierzadko nieczułą.  I chyba to jest największy plus tej postaci: zmienia front, ale nie zmiania charakteru. Drugą rewelacyjną postacią jest Rumpelsztyk, który jest tak niejednoznaczny, że wielokrotnie może to zamieszać w głowie. Czarny charakter, którego największem celem jestodnalezienie syna i który uczy się postępować słusznie dzięki swojej prawdziwej miłości. Nie waha się jednak przed okłamaniem Belli (tak, to Rumpelsztyk był Bestią), gdy chodziło o zemstę na Zelenie, przez którą jego syn (a przy okazji ojciec Henry’ego – tak, w tym serialu wszyscy okazują się jedną wielką rodziną) zginął. Mamy też kapitana Haka – mopją największą miłość. Wcale nie uwielbiam go tylko z powodów wizualnych (choć i one odgrywają tu pewną rolę), ale ze względu na to, jak skonstruowana jest ta postać. Hak dba tylko o siebie, swobodnie przechodzi z jednej strony na drugą, aż w końcu się zakochuje i cały świat wali mu się na głowę, bo kompletnie nie potrafi sobie poradzić z tą miłością. Ale i jemu przejście na stronę dobra nie przeszkadza być bezczelnym i egocentrycznym narcyzem i nie zawsze grać czysto. No i umówmy się,  nie miałabym nic przeciwko, gdyby przystojny pirat sprzedał dla mnie swój ukochany statek ;).

Z drugiej strony mamy postać Księcia, ukochanego Śnieżki, który przez wszystkie trzy sezony i jest mdły i przesłodzony do bólu. Albo sama Śnieżka – dopóki biegała po lesie z łukiem i napadała na wędrowców, była zdecydowanie ciekawsza niż po odkryciu swojej tożsamości po przełamaniu klątwy. Irytuje też ciągłe mówienie o prawdziwej miłości i o rodzinie jako najwyższej wartości. Rozumiem, że jest to główne przesłanie większości baśni, jednak twórcy serialu zwyczajnie z tym przedobrzyli. Ale da się to przeżyć.

W ogóle wiele niedociągnięć da się przeżyć i można oglądać „Dawno, dawno temu” z przyjemnością. Przynajmniej mnie się udaje. I właściwie – mogę polecić ten serial. Przede wszystkim jako ciekawostkę. No i dla kapitana Haka :).

***

– Jak czuje się pirat, który został bohaterem?
– Niezręcznie.

***

– Nawet moja matka woli ciebie, chociaż to ty ją zamordowałaś!

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Dawno, dawno temu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s