7 pierwszych prac, czyli jak dotarłam tutaj, gdzie właśnie jestem

Trafiłam ostatnio na różne wpisy o pierwszych siedmiu próbach podjęciach pracy. Pod wpływem tych tekstów (a wspomnienia były naprawdę różne!), zaczęłam sobie przypominać, jak wyglądały moje początki na rynku pracy. Okazało się, że bez wspomagania swoimi archiwalnymi CV nie jestem w stanie przytoczyć swoich pierwszych siedmiu miejsc pracy – było tego tak dużo, głównie jakieś małe projekty w czasie studiów. Oczywiście, wypisałam tutaj tylko te projekty, które wiązały się z zarobkami.

  1. Call Center

Pracowałam tam kilka razy, w dwóch firmach.  Najpierw sprzedawałam przez telefon różne pakiety klientom Orange, a później skierowano do mnie do obsługi czatu. Oczywiście – także w celach sprzedażowych. Do dziś mam dreszcze na hasło „język korzyści”, a gdy odbieram telefony od konsultantów, kraje mi się serce. To była jedna z najgorszych prac, jakich się podjęłam i z pewnością odradzałabym ją każdemu, kto zapytałby mnie o radę. Ogromna presja, naciski, a do tego mobbing – koszmar.

  1. Fundraising dla Amnesty International

Moja praca polegała na szwendaniu się w okolicach wrocławskiego rynku, zaczepianiu ludzi i namawianiu ich do wspierania AI. Nie brzmi to jakoś fajnie, ale ten epizod wspominam bardzo dobrze: mieliśmy świetną ekipę, a w dodatku wierzyłam w sens tego, czym się zajmowałam. No i zarobki nie były takie złe.

  1. EUROpraktyki w Orange

Dla Orange pracowałam nie tylko za pośrednictwem call center, ale także przy okazji Euro 2012 we Wrocławiu. Praca była w zasadzie podobna do tej dla Amnesty, choć tym razem nie musiałam od nikogo wyciągać pieniędzy, a przekonywać do zainstalowania jakieś aplikacji w telefonie. Przy okazji należało też jak najbardziej pomagać turystom – tłumaczyć im drogę, odpowiadać na pytanie itp. Tę pracę też lubiłam, dużo rozmawiałam po niemiecku i brałam udział w naprawdę dużej imprezie.

  1. Salon prasowy

Tam trafiłam, gdy nie dopuszczono mnie do licencjatu i musiałam zrobić sobie roczną przerwę. I nie mam jakichś bardzo złych wspomnień, ale do dzisiaj uważam, że zamiany po 13 czy nawet 14 godzin to jakaś pomyłka, zwłaszcza gdy pracuje się z pieniędzmi. Po dziesięciu godzinach stania przy kasie ledwo już trzymałam się na nogach i o pomyłki przy wydawaniu reszty nie było trudno. Oczywiście, braki były potrącane z wypłat. No, ale w tym pierwszym salonie to dostawałam chociaż wypłaty, bo później trafiłam do innego, gdzie przez miesiąc pracowałam za darmo. Co okazało się dopiero po tym miesiącu.

  1. Współpraca z wydawnictwem

Dostawałam czasem teksty do korekty, a innym razem zamówienia na artykuły. Pieniądze przychodziły, ale w bardzo różnych terminach. Za ostatni artykuł, który zresztą nie został wykorzystany (ale czy to powinna być moja sprawa?), wynagrodzenia nie zobaczyłam do dzisiaj.

  1. Punkt przyjmowania opłat

To z kolei była chyba najmniej angażująca praca. Siedziałam w budce i przyjmowałam druki opłat. Ot, cała filozofia. Myślę, że mogłabym wspominać tę pracę naprawdę dobrze, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, do moich obowiązków należało wpłacanie utargu do banku. Bank mieścił się w zupełnie innym budynku, do którego chodziłam codziennie o tej samej porze, w torebce niosąc duże pieniądze. Ubezpieczenie, jakaś obstawa? A po co? Druga nieprzyjemna rzecz dotyczyła umowy. Teoretycznie nie była ona zawarta na konkretny czas, jednak po rozpoczęciu nowego roku moja „pracodawczyni” nigdzie jej nie zgłosiła. Ponad pół roku pracowałam bez umowy, o czym dowiedziałam się, kiedy upomniałam się o PIT-a. PIT-a nie dostałam, więc moja „pracodawczyni” zarobiła sobie jeszcze na podatku i składkach, których nie opłacała.  Muszę więc przyznać, że kiedy ostatnio odkryłam brak mojej budki – poczułam pewną złośliwą satysfakcję.

  1. Tworzenie polskiego Wordnetu

To z kolei była chyba najbardziej satysfakcjonująca praca, jakiej się podejmowałam w czasie studiów. Należałam do zespołu tworzącego wielką sieć znaczeniową polskich słów – celem długofalowym tego projektu było stworzenie sztucznej inteligencji. A jeśli komputer ma się z nami porozumiewać, to potrzebuje ogromnego słownika, który tworzyliśmy przy Politechnice Wrocławskiej. Swoją drogą, jaki to był lans – chwalić się, że pracuję jako polonistka na PWr! Większość moich rozmówców reagowała na taki news zdumieniem. Przy okazji tej pracy przekonałam się też, że słabo mi idzie praca z domu i bardziej motywuję się w innym miejscu niż własny pokój. Niemniej – Słowosieć wspominam świetnie.

Potem była jeszcze księgarnia w centrum handlowym, a później – moja obecna praca (choć zaczynałam na innym stanowisku), taka już „prawdziwa”, dorosła, osiem godzin dziennie. Każde z tych miejsc, które opisałam, czegoś mnie nauczyło. Czy dzisiaj bym się ich podjęła? Pewnie tak, choć byłabym ostrożniejsza i bardziej wymagająca w kwestiach umów i obowiązków w nich zawartych. Ale wtedy nie miałam jeszcze tej wiedzy, którą zdobyłam właśnie poprzez te wszystkie epizody.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s