Niech żyje Polska różnorodna!

Święto Niepodległości. W tym roku mówią, że świętujemy 100 lat niepodległości. Tylko że to nieprawda. Świętujemy setną rocznicę odzyskania niezależności po 123 latach zaborów – tylko i aż tyle.

Po 1918 roku przecież wolność straciliśmy jeszcze dwa razy. Najpierw przy agresji Niemiec i ZSRR w 1939 r., a potem, po zakończeniu wojny, na rzecz ZSRR. Tak naprawdę o niepodległości możemy mówić dopiero o 29 lat. Młodym krajem jesteśmy.

Z drugiej jednak strony rok 1918 był przełomowy. I to nie tylko dla nas. W tym czasie na mapę wróciły (lub pojawiły się po raz pierwszy) takie kraje jak Czechy, Słowacja, Estonia, Łotwa, Litwa, Finlandia i inne. W 1918 roku okazało się też, że obywatelami Polski są nie tylko mężczyźni – prawa wyborcze wywalczyły sobie także kobiety. Przy okazji – uwierzycie, że głosowanie Szwajcarkom umożliwiono dopiero w latach 70. XX w.? Ale tak właśnie było.  Dopiero od 100 lat kobiety w Polsce mogą głosować. 100 lat. Z jednej strony dużo, ale biorąc pod uwagę historię Polski i właściwie historię całej demokracji – przerażająco mało. Uzyskanie przez kobiety praw wyborczych nie zakończyło jednak walki o równouprawnienia. osobiście uważam, że dopiero ją rozpoczęło, dając wreszcie mocne narzędzie, by zmieniać rzeczywistość. Dzisiaj, po stu latach, mamy za sobą długą drogę i mnóstwo osiągnięć, ale także bardzo dużo pracy jest jeszcze przed nami.

Jednocześnie mam ze Świętem Niepodległości jeszcze jeden problem. Związany z tym, że rok temu uniwersytety rozsyłały do obcokrajowców maile z ostrzeżeniem, by nie wychodzili z domów 11 listopada.  Bo to niebezpieczne! Zresztą, co roku słyszę od grupy różnych ludzi, że 11 listopada to oni raczej zostają w domach. Bo się boją. Jest we mnie głęboki sprzeciw na to, że nasze wspólne święto zostaje zawłaszczone przez środowiska nacjonalistyczne i czasem wręcz faszystowskie. Że obchodzenie Dnia Niepodległości oznacza okrzyki „Polska dla Polaków!” i koszulki z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny”. Nie zgadzam się na to i zgadzać się nie będę.

Polska nie jest niczyją własnością. Należy do nas wszystkich: do mnie i do ciebie. Oraz do tej Ukrainki z sąsiedniego bloku, która przyjechała tu pracować rok temu. A także do Hindusa, który założył tutaj rodzinę i od lat opłaca tu podatki. I do tego dziecka pochodzącego z polsko-kenijskiej rodziny. Do tych wszystkich, którzy zdecydowali, że w Polsce będzie ich dom. Polska należy do katolików, żydów, muzułmanów i ateistów. Do kobiet, do mężczyzn i do osób niebinarnych. Do osób hetero, homo i bi. Do nas wszystkich. Polska jest dobrem wspólnym, o które musimy dbać wszyscy – wszyscy razem. Dlatego też nie możemy być dla siebie wrogami, bo tylko pracując razem, możemy rozwijać Polskę. A rozwój Polski to większe, lepsze możliwości dla wszystkich jej mieszkańców. Świetny artykuł na ten temat pojawił się rok temu w Tygodniu Powszechnym – gorąco zachęcam do przeczytania. Chciałabym tutaj też przypomnieć, że lata największej świetności Polski przypadają na czas, kiedy była najbardziej wielokulturowa. Kiedy chronili się u nas ludzie prześladowani gdzie indziej.

Polska dzisiaj nie potrzebuje wielkich okrzyków czy ofiar z ludzi. Polska dzisiaj potrzebuje codziennego działania. Podniesienia papierka z ulicy. Uczciwego zapłacenia podatku. Wyciągnięcia ręki do potrzebującej osoby – nieważne, jakiej jest narodowości, orientacji seksualnego, czy jakiego boga wyznaje. To nie jest czas romantycznych wyznań i rzucania się na bagnety. Potrzebujemy tego traktowanego po macoszemu pozytywizmu i pracy u podstaw. Dzisiaj gloryfikujemy żołnierzy i dowódców, jednocześnie zapominając o rzeszy ludzi, dzięki którym ci żołnierze w ogóle mieli o co walczyć. Zapominamy o nauczycielach, o przedsiębiorcach, o „zwykłych” robotnikach, o sufrażystkach, o gospodyniach domowych, o dzieciach i młodzieży. gdyby wszyscy poszli na wojnę i wszyscy zginęli za ojczyznę – to kto by tę ojczyznę budował? Gloryfikacji żołnierzy ma jeszcze jedną wielką wadę. Tworzy obraz wojny jako czegoś pięknego, chwalebnego, podczas gdy jest po prostu straszna. Cierpią w niej wszyscy. Najbardziej ci najmniej winni.

Słuchałam wczoraj ostatniego przemówienia gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego i mam wrażenie, że jego przesłanie nie zostało usłyszane – zwłaszcza przez tych, którzy w koszulkach z żołnierzami wyklętymi krzyczą o zatrzymaniu islamizacji Europy i którzy rzekomo tak cenią weteranów II wojny światowej.  Generał – uczestnik Powstania Warszawskiego – powiedział, że potrzebujemy szacunku. Jednakowego szacunku do wszystkich. Mówił też o tym, jakie to szczęście, że dzisiaj nie musimy przelewać krwi za nasz kraj. Chciałabym, żeby jego głos dotarł dzisiaj jak najdalej. Naszym zadaniem powinno być niedopuszczenie do kolejnej wojny. Uważam, że jesteśmy to winni tym wszystkim, którzy w wojnach zginęli. I może zamiast śpiewać piosenki wojskowe warto posłuchać, co do powiedzenia pod koniec lat 20. miał Tuwim.

Chciałabym, żebyśmy nauczyli się wreszcie celebrować polskość bez nienawiści czy poczucia (nieuzasadnionej) wyższości. Świętujmy setną rocznicę odzyskania niepodległości poprzez dobroć i szacunek dla drugiego człowieka. A jednocześnie: przeciwstawmy się mowie nienawiści, nacjonalizmowi, faszyzmowi i hasłom „Polska dla Polaków”. Niech żyje Polska różnorodna!

Reklamy

7 pierwszych prac, czyli jak dotarłam tutaj, gdzie właśnie jestem

Trafiłam ostatnio na różne wpisy o pierwszych siedmiu próbach podjęciach pracy. Pod wpływem tych tekstów (a wspomnienia były naprawdę różne!), zaczęłam sobie przypominać, jak wyglądały moje początki na rynku pracy. Okazało się, że bez wspomagania swoimi archiwalnymi CV nie jestem w stanie przytoczyć swoich pierwszych siedmiu miejsc pracy – było tego tak dużo, głównie jakieś małe projekty w czasie studiów. Oczywiście, wypisałam tutaj tylko te projekty, które wiązały się z zarobkami.

  1. Call Center

Pracowałam tam kilka razy, w dwóch firmach.  Najpierw sprzedawałam przez telefon różne pakiety klientom Orange, a później skierowano do mnie do obsługi czatu. Oczywiście – także w celach sprzedażowych. Do dziś mam dreszcze na hasło „język korzyści”, a gdy odbieram telefony od konsultantów, kraje mi się serce. To była jedna z najgorszych prac, jakich się podjęłam i z pewnością odradzałabym ją każdemu, kto zapytałby mnie o radę. Ogromna presja, naciski, a do tego mobbing – koszmar.

  1. Fundraising dla Amnesty International

Moja praca polegała na szwendaniu się w okolicach wrocławskiego rynku, zaczepianiu ludzi i namawianiu ich do wspierania AI. Nie brzmi to jakoś fajnie, ale ten epizod wspominam bardzo dobrze: mieliśmy świetną ekipę, a w dodatku wierzyłam w sens tego, czym się zajmowałam. No i zarobki nie były takie złe.

  1. EUROpraktyki w Orange

Dla Orange pracowałam nie tylko za pośrednictwem call center, ale także przy okazji Euro 2012 we Wrocławiu. Praca była w zasadzie podobna do tej dla Amnesty, choć tym razem nie musiałam od nikogo wyciągać pieniędzy, a przekonywać do zainstalowania jakieś aplikacji w telefonie. Przy okazji należało też jak najbardziej pomagać turystom – tłumaczyć im drogę, odpowiadać na pytanie itp. Tę pracę też lubiłam, dużo rozmawiałam po niemiecku i brałam udział w naprawdę dużej imprezie.

  1. Salon prasowy

Tam trafiłam, gdy nie dopuszczono mnie do licencjatu i musiałam zrobić sobie roczną przerwę. I nie mam jakichś bardzo złych wspomnień, ale do dzisiaj uważam, że zamiany po 13 czy nawet 14 godzin to jakaś pomyłka, zwłaszcza gdy pracuje się z pieniędzmi. Po dziesięciu godzinach stania przy kasie ledwo już trzymałam się na nogach i o pomyłki przy wydawaniu reszty nie było trudno. Oczywiście, braki były potrącane z wypłat. No, ale w tym pierwszym salonie to dostawałam chociaż wypłaty, bo później trafiłam do innego, gdzie przez miesiąc pracowałam za darmo. Co okazało się dopiero po tym miesiącu.

  1. Współpraca z wydawnictwem

Dostawałam czasem teksty do korekty, a innym razem zamówienia na artykuły. Pieniądze przychodziły, ale w bardzo różnych terminach. Za ostatni artykuł, który zresztą nie został wykorzystany (ale czy to powinna być moja sprawa?), wynagrodzenia nie zobaczyłam do dzisiaj.

  1. Punkt przyjmowania opłat

To z kolei była chyba najmniej angażująca praca. Siedziałam w budce i przyjmowałam druki opłat. Ot, cała filozofia. Myślę, że mogłabym wspominać tę pracę naprawdę dobrze, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, do moich obowiązków należało wpłacanie utargu do banku. Bank mieścił się w zupełnie innym budynku, do którego chodziłam codziennie o tej samej porze, w torebce niosąc duże pieniądze. Ubezpieczenie, jakaś obstawa? A po co? Druga nieprzyjemna rzecz dotyczyła umowy. Teoretycznie nie była ona zawarta na konkretny czas, jednak po rozpoczęciu nowego roku moja „pracodawczyni” nigdzie jej nie zgłosiła. Ponad pół roku pracowałam bez umowy, o czym dowiedziałam się, kiedy upomniałam się o PIT-a. PIT-a nie dostałam, więc moja „pracodawczyni” zarobiła sobie jeszcze na podatku i składkach, których nie opłacała.  Muszę więc przyznać, że kiedy ostatnio odkryłam brak mojej budki – poczułam pewną złośliwą satysfakcję.

  1. Tworzenie polskiego Wordnetu

To z kolei była chyba najbardziej satysfakcjonująca praca, jakiej się podejmowałam w czasie studiów. Należałam do zespołu tworzącego wielką sieć znaczeniową polskich słów – celem długofalowym tego projektu było stworzenie sztucznej inteligencji. A jeśli komputer ma się z nami porozumiewać, to potrzebuje ogromnego słownika, który tworzyliśmy przy Politechnice Wrocławskiej. Swoją drogą, jaki to był lans – chwalić się, że pracuję jako polonistka na PWr! Większość moich rozmówców reagowała na taki news zdumieniem. Przy okazji tej pracy przekonałam się też, że słabo mi idzie praca z domu i bardziej motywuję się w innym miejscu niż własny pokój. Niemniej – Słowosieć wspominam świetnie.

Potem była jeszcze księgarnia w centrum handlowym, a później – moja obecna praca (choć zaczynałam na innym stanowisku), taka już „prawdziwa”, dorosła, osiem godzin dziennie. Każde z tych miejsc, które opisałam, czegoś mnie nauczyło. Czy dzisiaj bym się ich podjęła? Pewnie tak, choć byłabym ostrożniejsza i bardziej wymagająca w kwestiach umów i obowiązków w nich zawartych. Ale wtedy nie miałam jeszcze tej wiedzy, którą zdobyłam właśnie poprzez te wszystkie epizody.

Wyjazdowe lato: Festiwal Słowian i Wikingów

Z Jomsborgiem miałam tak, jak z Castle Party (i trochę Pyrkonem, ale tu nic się nie zmieniło): od lat myślałam, żeby się wybrać, ale jak przychodziło co do czego, to albo zapominałam, albo były inne rzeczy, albo coś jeszcze. W tym roku zaś postanowiłam: jadę. I pojechałam.

IMG_20180804_170400

Tak właśnie wyglądał mój wczesnośredniowieczny strój słowiański

Ten wyjazd miał wiele plusów. Ot, chociażby pierwszy raz po naprawdę wielu latach zobaczyłam morze i sprawiło mi to ogrom przyjemności. Ale też wzięłam się w garść i uszyłam sobie giezło. I zapaskę. Ręcznie, lnianymi nićmi, tak jak trzeba. Rekonstrukcja historyczna (zwłaszcza wczesnego średniowiecza) interesowała mnie od dawna, ale też się nigdy nie składało, żeby zająć się tym na poważnie. A tu nie było wyjścia. Wiedziałam, że we współczesnym ubraniu będę się czuć trochę niekomfortowo, a jednocześnie kupowanie średniowiecznego stroju nie wchodziło w grę. Po powrocie z Castle Party siadłam więc i szyłam. Myślę, że efekt był całkiem niezły.

 

Ale do rzeczy. Co podobało mi się na Festiwalu Słowian i Wikingów? Przede wszystkim to, że był. Owszem, znalazły się niedociągnięcia (kto organizuje prelekcje tuż obok warsztatów muzycznych?!), ale generalnie byłam zbyt podekscytowana, żeby się nimi przejmować. Chodziłam od stoiska do stoiska i co chwilę wydawałam z siebie okrzyki zachwytu, podziwiając naprawdę niezwykłe rękodzieło. Kupiłam sobie przepiękną krajkę, polerowany róg i zapinkę do sukni (musiałam, naprawdę! Trochę poniosło mnie z wielkością dekoltu), ale wiem, że mogłabym zostawić tam dużo więcej pieniędzy. Przecudnej urody biżuteria, perfekcyjnie wykończone stroje, wspaniałe krajki, misternie kute rzeczy z żelaza. Udało mi się także znaleźć strzelnicę i mogłam zaspokoić swoją potrzebę obcowania z łukiem. No i nie mogę nie wspomnieć o stoisku z czymś, co można nazwać rekoburgerem: przepyszny burger właściwie w całości złożony z tego, co mogli jeść dawni Słowianie. Wikingowie pewnie też. I do tego w wersji wege. Tęsknię za nim okrutnie.

Bitwa o Wolin

Bitwa o Wolin. Nie widać tu wszystkich wojów.

Bitwa o Wolin również zrobiła na mnie wrażenie. Nawet nie dlatego, że brało w niej udział około siedmiuset wojów, ale bardziej ze względu na to, jak wspaniale prezentowały się drużyny. Uzbrojenie, ubiór, tarcze – wszystko było doskonale zrekonstruowane i naprawdę można było się wczuć. Oczywiście, ta bitwa była na niby, trupy wstawały i odchodziły na bok, a najgorsze obrażenia to pewnie pozdzierana skóra. Ale gdy się na to patrzyło, to mimowolnie przychodziły myśli o tym, że w czasie prawdziwej bitwy ciała zostawały pod nogami walczących, a ziemia nasiąkała krwią. Dzisiaj wojny prowadzi się inaczej: właściwie nie trzeba widzieć człowieka, któremu odbiera się życie. Wtedy chyba czuło się za to jakąś odpowiedzialność. No i zupełnie inne było nastawienie ludzi do śmierci, ale to właściwie temat na całkiem odrębny wpis.

W każdym razie wiem już, że za rok też pojadę. Ale chciałabym nocować na Jomsborgu w rekonamiocie, jeść rekodania z rekozastawy i polerować swój rekoróg. Taki mam plan!

Strzelanie z łuku tradycyjnego

Kiedyś będę miała swój łuk

Wyjazdowe lato: Castle Party

W tym roku lato zrobiło mi się dość festiwalowe. Dzisiaj na przykład wróciłam z mojego pierwszego Castle Party w Bolkowie i mam dziwne wrażenie, że jeszcze się tam pojawię.

Mimo tego całkiem dobrego przeczucia chciałabym zacząć od narzekań. Uważam bowiem, że miałam dużego farta, jadąc do Bolkowa jako kompletna ignorantka. Gdybym nastawiła się na przeżycia muzyczne, to srogo bym się zawiodła. Pierwszym takim rozczarowaniem byłby koncert zespołu Apoptygma Berzerk (o którym zresztą znajomi mówili mi, że będzie fantastyczny i w ogóle WOW, super, rewelacja). Mam brzydkie wrażenie, że był to playback, w dodatku przerywany. Ewidentnie coś nie stykało – czy to na poziomie kabli, czy jeszcze czegoś, na czym się znam – w każdym utworze pojawiło się kilka milisekundowych przerw. Efekt: nie dało się tego słuchać. Wyszłam w trakcie.

Drugi taki wstrząs to koncert grupy Project Pitchfork. I tu już (niestety) zdążyłam się nastawić, że zagwarantują mi niesamowite przeżycia. I w pewnym sensie się nie zawiodłam – moje wnętrzności jeszcze nigdy nie wykonywały tak szalonych podskoków wywołanych niskimi częstotliwościami. Czy akustyk zespołu był głuchy? Nie wierzę, że tego nie słyszał, ale – nie reagował. To kolejny koncert, z którego wyszłam w trakcie, bo również nie dało się wytrzymać. Dopiero po opuszczeniu zamku dźwięki były znośne. Na festiwalu tej wielkości coś takiego powinno być niedopuszczalne, ale nie tylko Apoptygma Berzerk i Project Pitchfork padły ofiarami fatalnego nagłośnienia. W The Eden House niesłyszalny był… główny wokal. Z ciekawości włączyłam sobie ich nagrania na Youtube i okazuje się, że to naprawdę przyjemna muzyka, jednak po koncercie absolutnie nie byłam w stanie tego stwierdzić.

Narzekać mogę też na punktualność, a raczej jej brak. Nie wiem, po co jest rozpiska godzinowa koncertów, skoro po pierwszym zespole przestaje być aktualna. Organizatorom Castle Party proponuję spotkać się z ekipą odpowiedzialną za Męskie Granie – bo oni wielokrotnie udowodnili, że można zrobić sporą imprezę z wieloma wykonawcami, na której wszyscy wystąpią punktualnie.

IMG_20180714_184612

A to moja stylizacja z soboty. W sam raz do pląsania przy muzyce Fauna.

No dobra, ale jednak musiało być coś fajnego, skoro mam zamiar jeszcze odwiedzić Bolków, prawda?

 

Jeśli chodzi o koncerty: Faun. Uważam, że był to najlepszy występ festiwalu. Absolutnie magiczny, klimatyczny, po prostu piękny. Niesamowity. Oprócz nich podobały mi się takie zespoły jak Gothminister, Tyske Ludder czy Samael (choć tutaj to wizualnie, bo muzycznie to jednak nie moja bajka). No i rewelacyjny piątkowy after, który zafundował nam Jeremiah Kane. Albo performance na ścianach zamku w wykonaniu teatru LineAct.

Najważniejsza jednak była dla mnie atmosfera. Zaspokoiłam swoją ogromną potrzebę atencji (gdybyście znaleźli mnie na jakimś zdjęciu, dajcie znać, proszę!). Mogłam wreszcie założyć te wszystkie ubrania, których zwykle nie mam gdzie nosić. I poznałam naprawdę świetnych ludzi, z którymi spędziłam wspaniały czas, bawiąc się na koncertach, rozmawiając w różnych bolkowskich miejscach czy nawet oglądając mecz (pozdrowienia dla ekipy z Lublina!). Zjadłam także kultowe pierogi z okienka i śmiem twierdzić, że warto odwiedzić Castle Party choćby po to, by ich spróbować. Są pyszne.

To były cztery piękne dni, w czasie których unosiłam się nad powierzchnią nierównego bolkowskiego bruku. Żałuję tylko, że nie załapałam się na pool party (a specjalnie kupiłam strój kąpielowy!) i imprezy w kościółku. Ale może za rok…

Nie jesteśmy łatwi

Na Netfliksie jakiś czas temu pojawiła się francuska komedia pt. „Nie jestem łatwy”. Fabuła opiera się na prostym założeniu: zamieńmy się rolami. Damien, główny bohater, jest zwyczajnym seksistą. Zaczepia obce kobiety, traktuje je jak zabawki do seksu. Wskutek zrządzenia losu trafia do świata, w którym to nie patriarchat jest obowiązującym modelem. I nagle przeżywa szok. To on jest zaczepiany na ulicy, to on musi się depilować, bo jego owłosiona klatka piersiowa budzi obrzydzenie. To on nosi niewygodne ubrania, które podkreślają krągłości jego pośladków. To on może liczyć maksymalnie na posadę sekretarza poczytnej pisarki lub innej kobiety sukcesu. To on jest traktowany jako zabawka na jedną noc.

Znalezione obrazy dla zapytania nie jestem łatwy kadr z filmu

Plakat filmu przedstawia grupę maskulinistów, którzy chcą walczyć o równe traktowanie

Czy film jest śmieszny? Tak, poniekąd. A raczej mógłby być, gdyby nie był boleśnie prawdziwy. Trudno śmiać mi się z sytuacji, gdy Damien od obcej kobiety słyszy, jaki ma piękny uśmiech, podczas gdy sama wielokrotnie tego doświadczałam. I to wcale nie było przyjemne. Damien dopiero na własnej skórze przekonuje się, że jego zachowanie nie jest miłe. Mało tego, Alexandra – pisarka, której opowiada o „swoim” świecie – jest zdumiona, że nie odpowiada mu jego obecna sytuacja. Przecież bycie mężczyzną jest super! Wszak wszyscy (wszystkie) ciągle ich komplementują, nie muszą piastować odpowiedzialnych stanowisk, mają czas na dbanie o siebie i chodzą na urlopy macierzyńskie, podczas gdy ich żony wracają do pracy. Na co właściwie narzekają? Przecież mają świetne życie. Maskulinistom zaś totalnie poprzewracało się w głowach, wszak głosują i mogą nosić garnitury. Czego chcieć więcej?

Brzmi znajomo, prawda? Podobny, świetny zabieg stosuje strona „Mężczyzna spełniony” (polecam z całego mojego feministycznego serca!), na której znajdziemy przeróbki tekstów popularnie kierowanych do kobiet. Autorzy zmieniają jednak ich odbiorcę i to mężczyznom radzą, jak pogodzić obowiązki pracownika i ojca albo jak zadbać o urodę w ferworze świątecznych przygotowań. Dopiero, gdy zamienimy się rolami, widać, że coś w tym traktowaniu kobiet przez świat jest nie w porządku. Mówi się, że żeby kogoś zrozumieć, należy przejść kilometr w jego butach. „Mężczyzna spełniony” ma tych butów sporo.

Moja skojarzenie nie jest odosobnione, wspaniała Lady Pasztet o „Nie jestem łatwy” napisała, że to film kogoś, komu „Mężczyzna spełniony” wszedł za bardzo. Słuszna uwaga. W tej francuskiej komedii widzimy, jak mężczyźni oddają się skomplikowanym zabiegom urodowym, a do pracy chodzą w krótkich spodenkach. To oni zajmują się dziećmi i to oni słyszą, że chyba zapomnieli, gdzie jest kuchnia. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bo jest przecież i przemoc. Damien ledwo unika gwałtu, a syn jego przyjaciela zostaje zmuszony do seksualnego zaspokojenia koleżanki ze szkoły – a robi to, co uważa, że nie ma innego wyboru. Bo taki jest świat. Kobiety chcą seksu, więc go dostają.

Na Filmwebie spotkałam się z komentarzami, że Eleonore Pourriat nie stworzyła filmu feministycznego i jakoby całkowicie się od tego nurtu odcinała, bo pokazuje, że dominacja kobiet nie byłaby w porządku. Nic bardzo błędnego! To jest właśnie feministyczne podejście: nie potrzebujemy przewracać świata do góry nogami, bo on nie będzie wcale lepszy. Ani dla kobiet, ani dla mężczyzn. Potrzebujemy świata, w którym będziemy równi. Sama Pourriat mówi o tym ustami terapeutki Damiena: A może przydałby się nam trzeci świat, w którym kobiety i mężczyźni byliby dla siebie wsparciem?

Takiego świata potrzebujemy. Bo przecież my – kobiety i mężczyźni – nie jesteśmy odrębnymi gatunkami. Nie pochodzimy z różnych planet. Nie mówimy różnymi językami. Nie, wszyscy jesteśmy ludźmi. Mało tego, wojna płci nie istnieje. To jakiś szalony i bardzo krzywdzący wymysł. Nie walczymy o dominację. My jedynie chcemy wspólnie egzystować i nie traktować siebie nawzajem jako wrogów. Mało tego, osobiście uważam, że powinniśmy się traktować jak przyjaciele. Wspierać nawzajem i umożliwiać podejmowanie własnych wyborów. Nie zamykać w klatce ze stereotypów, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze, a kobieta nie da rady wnieść pralki na trzecie piętro. Skupmy się raczej na tym, co nas łączy. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi.

 

 

 

Mężczyźni mojego życia [1]: Marek Hłasko

Są tacy ludzie, których nigdy nie poznaliśmy, nigdy nie spojrzeliśmy im w oczy, nigdy nie podaliśmy im ręki, a którzy mimo wszystko są nam niesamowicie bliscy.

Dla mnie taką osobą jest Marek Hłasko.

Urodziłam się wiele lat po jego śmierci, a jednak w pewnym momencie go poznałam. To chyba było w liceum, bo przecież każda zbuntowana w intelektualny sposób nastolatka powinna czytać prozę Hłaski i poezję Wojaczka. Tak, Wojaczka też czytałam i do dziś mam do jego wierszy sentyment, ale to nigdy nie była taka więź.

Hłasko był z innego świata. Tak zupełnie. I nie mam tu na myśli tego, że przeżył okrucieństwa wojny i żył w kraju, którego ja już nie oglądałam (i obym nigdy nie musiała). Nie, nie chodzi mi o czas i miejsce (miejsce mamy nawet wspólne, o czym świadczy cytat zapraszający na mojego bloga). Fascynowało mnie jego życie. Takie… szalone, wyrywające się schematom, nie do zaszufladkowania. Tak, szalone. Ale jednocześnie smutne, wręcz tragiczne. Samotne. Czytając prozę Hłaski, nie płakałam nad jego bohaterami. Płakałam nad nim samym. Płakałam i tęskniłam.

Kochałam Hłaskę tak, jak się kocha bohaterów literackich. Fascynował mnie, bo mu współczułam. To on napisał najpiękniejsze słowa o miłości, które już kiedyś tu przytaczałam. To on pięknie podsumował całą ludzkość:

Ktoś kiedyś powiedział, że historię ludzkości można spisać na bibułce od papierosa: rodzili się, cierpieli, umierali – tak to chyba wygląda.

Dzisiaj nie ma już strony, na której ktoś pieczołowicie zamieszczał wywiady z Hłaską – także w formacie audio. Dzięki tej osobie mogłam usłyszeć jego głos w archiwalnych radiowych nagraniach. Był taki, jaki powinien być.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Marek_H%C5%82asko_and_Krzysztof_Komeda.JPG

wikipedia.org

Czytałam ostatnio biografię Krzysztofa Komedy pióra Magdaleny Grzebałkowskiej. Czytałam i tęskniłam. To dziwna tęsknota, bo przecież tak naprawdę nie chciałabym żyć wtedy, tam, razem z nimi. Przede wszystkim: nie należałabym do tego grona. Grona postaci niezwykłych, utalentowanych, a zarazem trochę (trochę?) przeklętych. Komeda umarł przez Hłaskę – trudno temu zaprzeczyć. Hłasko zmarł niedługo po nim. Czy tego chciał? Chyba już nigdy się nie dowiemy. Niektórzy mówią, że nie, przecież w końcu wszystko zaczęło się układać, miał pisać scenariusze, miał żyć z Esther. Niektórzy przypominają: „Jeśli Krzysio umrze, to ja też pójdę”.

Pamiętam, gdy pierwszy i jak dotąd jedyny raz stanęłam nad jego grobem. Miałam 19 lat, chyba pierwszy raz pojechałam sama do Warszawy – wszystko miało wtedy intensywny smak wolności i szczeniackiej niezależności. Patrzyłam na napis „Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni” i położyłam na nim jedną czerwoną różę, choć wtedy wydawało mi się, że bardziej odpowiednio będzie wypić kieliszek wódki. To był czas, kiedy słuchałam punka i kiedy nie zgadzałam się na otaczającą mnie rzeczywistość (nie przyszło mi wtedy do głowy, że w przyszłości nie będę się zgadzać jeszcze bardziej, choć w zupełnie innym rytmie). Wtedy do życia przygrywał mi zespół The Analogs. Nieprzypadkowo:

Przez wiele lat moim marzeniem było skompletowanie czarno-białego wydania „Dzieł wybranych”. Do dziś na mojej półce stoi cały rząd jego książek. Niektóre tytuły się powtarzają, ale nie powtarzają się wydania. Są w nich moje podkreślenia, moje notatki. Kawałek mojej duszy.

Hłasko jest jednym z mężczyzn mojego życia. To on w dużej mierze ukształtował moją wrażliwość: to dzięki niemu wzruszam się w tych konkretnych momentach, oddziałują na mnie odpowiednie słowa, płaczę przy określonych piosenkach. I nieustannie tęsknię.

Dzisiaj mija 49 lat od śmierci Marka Hłaski.

 

O Dniu Kobiet – nie tylko dla kobiet

Słuchałam dzisiaj radia. Mówiono wiele o tym, że kobiety są takie, a mężczyźni tacy. Że kobiety robią to, a mężczyźni nie robią tego. Że kobietom lepiej wychodzi to, a mężczyznom tamto. Słuchałam i smutniałam. Dlaczego wciąż karmimy stereotypy?

To nie płeć determinuje nasze cechy, umiejętności i kompetencje. Moja wrażliwość nie wynika z tego, że jestem kobietą. Mój humanistyczny czy analityczny umysł nie jest kwestią mojej płci. Moje zainteresowania nie są ani kobiece, ani męskie. Są moje. Tak jak cała reszta: to nie są cechy mojej płci. To cechy jednostki, konkretnej osoby.

Czego chcę życzyć nam wszystkim – i kobietom, i mężczyznom – z okazji Dnia Praw Kobiet? Szacunku. Zrozumienia. Patrzenia na konkretnego człowieka nie przez pryzmat płci, koloru skóry, orientacji seksualnej, religii czy jakiekolwiek stereotypu. Życzę nam, żebyśmy pozwalali sobie nawzajem wybierać. Żebyśmy traktowali się równo. Bo wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi.

Życzę nam, byśmy dostrzegali w innej osobie człowieka. Tylko tyle, a zarazem aż tyle.

Czytało się w 2016 roku

W tym roku czytałam naprawdę różne rzeczy. Sporo literatury, która można nazwać feministyczną: o kobietach i dla kobiet. Tutaj muszę podkreślić przede wszystkim niesamowicie ciepłą i mądrą Fannie Flagg, której „Babska stacja” udowadnia światu, że kobiety wcale nie są gorsze. Tylko jakoś temu światu głupio to przyznać, niestety. Przy okazji bardzo rozczarowała mnie Sarah Waters: okazało się, że przeczytałam już wszystkie jej książki, co oznacza, że teraz muszę czekać, aż napisze kolejną. Stricte feministycznym tytułem, po jaki sięgnęłam w tym roku, było „Zakazane ciało”, czyli szybka przejażdżka po historii męskiego podejścia do kobiecego ciała. Dawno żadna książka nie obudziła we mnie takiej złości. Może tylko przeczytane później „Piekło kobiet”, które okazało się boleśnie aktualne.

Największym odkryciem 2016 roku zdecydowanie było dla mnie post-apo. Zaczęło się od trylogii „Metro” Dmitrija Glukhovskiego. Oczywiście, tego cyklu nie mogę nazwać arcydziełem, ale spodziewałam się marnego czytadła (w końcu o „Zmierzchu” też dużo się mówiło), podczas gdy dostałam całkiem przyzwoitą powieść drogi. Potem szukałam innych książek w tym klimacie i tak znalazłam „Ostatni brzeg”, który okazał się strzałem w dziesiątkę: nie dość, że to historia o nadchodzącej zagładzie, to jeszcze o okręcie podwodnym! Rewelacja. Zainteresowanie wizjami końca świata sprawiło też, że złapałam się za książki o kosmosie i kosmitach. Muszę to wspomnieć o „Wojnie światów”, którą uważam za wręcz rewolucyjną, jak na czasy, w których powstała, i o „Księżniczce Marsa”. Bardzo żałuję, że nie przetłumaczono na polski całego cyklu i że nawet tych kilka książek jest tak trudno dostępnych. Swoją drogą, polecam także całkiem niezły film, nakręcony na podstawie cyklu marsjańskiego.

Chciałam też sięgnąć do tak zwanych „znanych i lubianych” polskiej fantastyki, ale to okazało się dość rozczarowujące. Cykl o inkwizytorze Jacka Piekary nie zrobił na mnie absolutnie żadnego wrażenia, więc zrezygnowałam po dwóch książkach. W całości przeczytałam za to Sagę o Wiedźminie i choć styl Sapokowskiego poprawiał się z tomu na tom (po „Krwi Elfów” uznałam, że w ogóle nie umie pisać narracyjnie – wszystko załatwiał dialogami), to jednak w każdym z nich znalazło się coś, co mnie irytowało. Na tle opowiadań, do których zraziłam się kilka lat temu, saga wypada całkiem nieźle, ale wciąż nie zachwyca. Sapowski napisał kilka słabych książek, ale za to stworzył fantastyczny (dosłownie!) produkt. Gry o Geralcie rozchodzą się jak świeże bułeczki, a na każdym konkursie cosplayu jest co najmniej kilka osób przebranych za Ciri czy Yennefer. I zdecydowanie ten aspekt „Wiedźmina” podoba mi się dużo bardziej.

Nie ustawałam tez w poszukiwaniach dobrej słowiańskiej fantasy, co zakończyło się nawet pewnym sukcesem. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie książka „Słowo i miecz”, do której byłam dość sceptycznie nastawiona po wysłuchaniu prelekcji jej autora Witolda Jabłońskiego kilka lat temu. jest to bardzo ciekawa opowieść o początkach chrześcijaństwa opowiedziana z perspektywy pogan, którzy chcą walczyć o utrzymanie swojego porządku – niekoniecznie czysto, ale czy chrześcijanie wprowadzali swoją wiarę inaczej? Fascynację pogańskimi wierzeniami znalazłam też u K. B. Miszczuk w książce, którą mogłabym chyba sklasyfikować jako paranormalna romance. „Szeptucha” to typowe romansidło i nie warto oszukiwać się, że jest inaczej. Nie żałuję jednak, że po nie sięgnęłam, bardzo zaciekawiła mnie bowiem wizja współczesnego świata, w którym ponosimy konsekwencje zupełnie innej decyzji Mieszka I, niż znamy to z historii, a po miastach biegają rusałki i wąpierze. K. B. Miszczuk postawiła przed sobą bardzo trudne zadanie (historia alternatywna, w której minęło już 1000 lat od zmienionego wydarzenia), ale wydaje mi się, że poradziła z nim sobie całkiem nieźle. W ramach prelekcji na Dniach Fantastyki próbowałam udowodnić, że jej wizja świata nie jest całkiem spójna – ale wcale mi się to nie udało. Może dlatego, że o samym świecie Miszczuk pisze mało, skupiając się na wątku romantycznym i przeżyciach głównego bohaterki, ale to tak naprawdę ratuje tę opowieść. W każdym razie: warto rzucić okiem. Na „Xięgi Nefasa” Małgorzaty Saramonowicz w zasadzie też, bo i tutaj mamy do czynienia ze światem (tym razem w czasach Bolesława Krzywoustego), w którym pogańskie wierzenia zajmują bardzo istotne miejsce. Powieść jednak wydaje mi się przekombinowana i w efekcie nie uważam jej za szczególnie udaną. Po olejne tomy z pewnością sięgnę, ale raczej nie będę wydawała okrzyków zachwytu.

Książkę bardzo luźno nawiązującą do demonologii słowiańskiej napisała też Marta Kisiel. Jej „Dożywocie” ubawiło mnie do łez i dlatego też sięgnęłam do „Nomen Omen”, które okazało się powieścią zupełnie inną, choć również przepełnioną humorem. Główni bohaterowi poszukują grobu swojego dziadka, który na skutek przypadku powstał z martwych. We Wrocławiu nie jest to jednak takie proste: po wielu przedwojennych cmentarzach nie pozostał żaden ślad. Marta Kisiel przeplata geografię dzisiejszego miasta z historią Festung Breslau i ludzkimi dramatami: polskimi, niemieckimi… Z tego powodu po „Nomen Omen” zabrałam się za „Kronikę dni oblężenia” Paula Peikerta. Była to lektura o tyle poruszająca, że dotyczyła miasta, które dość dobrze znam i w którym żyję. Wywołała we mnie podobne uczucia, co „Zakazane ciało” i „Piekło kobiet”: ogromną złość, że ludzie pozwalają na coś tak okrutnego w stosunku do innych ludzi i że dzisiaj zdążyli już zapomnieć, jakim koszmarem jest wojna. Obyśmy szybko oprzytomnieli…

Na sam koniec podsumowania zostawiłam sobie książkę, nad która wylałam morze łez. „Oberki do końca świata” z radością postawiłam na swojej półce, bo wiem, że będę do nich wracać za każdym razem, gdy znów ogarnia mnie taka miejska tęsknota za odchodzącym światem pełnym muzyki, bliskości, magii i zaklęć… To chyba najlepsza przeczytana w tym roku książka. Nie, nie chyba – na pewno.

 

Podsumowanie w skrócie:

Książek przeczytanych: 41
Autorstwa kobiet: 12
Autorstwa mężczyzn: 29
Polskich autorów: 22 (ponad połowa!)

A czego chcę w przyszłym roku?
– reportaży
– biografii
– polskich autorów
– jeszcze więcej feminizmu

A oto pełna lista książek, które udało mi się przeczytać:

  1. Stephen King, „Lśnienie”
  2. Stanisław Przybyszewski, „Androgyne”
  3. Neil Gaiman i Terry Pratchett, „Dobry omen”
  4. Sarah Waters, „Pod osłoną nocy”
  5. Katarzyna Berenika Miszczuk, „Szeptucha”
  6. Marta Kisiel, „Dożywocie”
  7. Leopold Tyrmand, „Zły”
  8. Wit Szostak, „Oberki do końca świata”
  9. Andrzej Sapkowski, „Krew elfów”
  10. Marta Motyl, „Odcienie czerwieni”
  11. Narcyza Żmichowska, „Poganka”
  12. Haruki Murakami, „Sputnik Sweetheart”
  13. Witold Jabłoński, „Słowo i miecz”
  14. Dmitryi Glukhovskyi, „Metro 2033”
  15. Marek Krajewski, „Śmierć w Breslau”
  16. B. Strugaccy, „Piknik na skraju drogi”
  17. Dmitryi Glukhovskyi, „Metro 2034”
  18. Antoni Lange, „W czwartym wymiarze”
  19. Dmitryi Glukhovskyi, „Metro 2035”
  20. Fannie Flagg, „Babska stacja”
  21. Jacek Piekara, „Płomień i krzyż”
  22. Jacek Piekara, „Wieże do nieba”
  23. Edgar Rice Borroughs, „Księżniczka Marsa”
  24. Diane Ducret, „Zakazane ciało”
  25. Małgorzata Saramonowicz, „Xięgi Nefasa”
  26. Andrzej Sapkowski, „Czas pogardy”
  27. Andrzej Sapkowski, „Chrzest ognia”
  28. Andrzej Sapkowski, „Wieża jaskółki”
  29. Andrzej Sapkowski, „Pani Jeziora”
  30. Marta Kisiel, „Nomen Omen”
  31. Robert Schmidt, „Otchłań”
  32. Joanna Bagrij, „Oddech śmierci”
  33. Walter M. Miller, „Kantyczka dla Leibowitza”
  34. Tadeusz Boy Żeleński, „Piekło kobiet”
  35. Sarah Waters, „Ktoś we mnie”
  36. Paul Peikert, „Kronika dni oblężenia”
  37. George Wells, „Wojna światów”
  38. Nevil Shute, „Ostatni brzeg”
  39. Jules Verne, „20 000 mil podmorskiej żeglugi”
  40. Jurij Andruchowycz, „Moscoviada”
  41. Emily Jane Brontë, „Wichrowe wzgórza”

Wszystkiego najlepszego!

Dzisiaj obchodzimy Dzień Feminizmu. Myślę, że to wspaniała okazja, żeby opowiedzieć, dlaczego dzisiaj i ja świętuję.

Odpowiedź jest banalnie prosta: bo jestem idealistką. Marzę o świecie, w którym będziemy po prostu ludźmi i nikt nie będzie nikogo oceniał przez pryzmat płci, orientacji seksualnej, religii, narodowości czy koloru skóry. W końcu nie to jest ważne i nie to nas określa.

Dlatego dzisiaj otwarcie nazywam się feministką i chcę walczyć o tę idealną rzeczywistość. Oczywiście, wolałabym tego nie robić. Wolałabym, żeby ten wymyślony przeze mnie świat był tu i teraz. Ale jeszcze go nie ma, jeszcze daleka droga przed nami.

Nie chcę, żeby ktoś odmawiał mi jakichś umiejętności tylko dlatego, że jestem kobietą. Jeśli jestem dobrym inżynierem, to dlatego że mam wiedzę i kwalifikację, a nie dlatego, że jestem kobietą lub mężczyzną. Jeśli chcę pracować w kopalni, to dlatego że mnie to interesuje i mam odpowiednie predyspozycje, a nie ze względu na płeć. Kopalnia jest w ogóle świetnym przykładem. Przeciwnicy feminizmu lubią powtarzać, że jakoś kobiety nie kwapią się, by tam pracować. Mylą się: kobiety już to robią. Część z nich także na dole. A z drugiej strony: czy praca w górnictwie jest jakimś wyznacznikiem bycia mężczyzną? Czy każdy prawdziwy mężczyzna jest zatrudniony w kopalni? W żadnym razie. Wszyscy możemy wybierać takie zawody, jakie chcemy i do jakich się nadajemy, niezależnie od naszej płci. Niedawno zrobiono zresztą świetną kampanię, która doskonale ilustruje zagadnienie równych szans. Bo każdy z nas ma jakieś predyspozycje i umiejętności, które absolutnie nie mają nic wspólnego z naszą płcią, orientacją seksualną, (nie)pełnosprawnością czy narodowością.

Chciałabym, żeby dostrzegano we mnie pełnoprawnego człowieka, który potrafi sam o sobie decydować. Niestety, wciąż zbyt wiele osób chce wybierać z kobiety. Kiedy kobieta mówi, że nie chce mnie dzieci, słyszy, że jeszcze jej to przejdzie. Kiedy pyta o sterylizację, dowiaduje się, że na pewno zmieni zdanie. Na usta też ciśnie się wspomnienie głośnego projektu ustawy o planowaniu rodziny. Bo uważa się, że kobiety nie potrafią podejmować decyzji. Jeśli im się na to pozwoli, to przecież będą masowo usuwać ciąże.

Chciałabym też, żeby nie wyśmiewano żeńskich form gramatycznych. One naprawdę mają sens, bo przecież to językiem budujemy nasz świat. I jeśli dziewczynka słyszy tylko męskie formy pewnych zawodów, to nic dziwnego, że nie odważy się marzyć o zostaniu prezydentem (prezydentką!) czy strażakiem (strażaczką!), choć mogłaby się w nich spełniać. Inaczej sytuacja wygląda w krajach, gdzie w języku nie funkcjonuje kategoria rodzaju gramatycznego, tam dużo łatwiej wyobrazić sobie kobietę w męskiej roli, choć i tam często brakuje przykładu z góry.

we_can_do_itNie chcę też, żeby porównywanie do kobiety było dla kogokolwiek obraźliwe. Na ten temat też nakręcono bardzo dobry spot. Bo robienie czegoś jak dziewczyna nie oznacza, że robimy to gorzej. Nie chcę, by jak kobieta było obelgą. Nie chcę, by z jajami było komplementem. Nie podoba mi się, że kiedy dziewczyna nosi męskie ubrania, jest uważa za fajną laskę, a chłopak w rurkach to na pewno pedał. Nasza płeć nie determinuje naszej wartości. Ona naprawdę nie ma znaczenia.

Chcę być przede wszystkim człowiekiem. Chcę, żeby w naszym świecie nie było podziału na ludzi pierwszej i drugiej kategorii, także ze względu na płeć. Bo naprawdę jesteśmy równi.

I wierzę, mocno wierzę, że damy radę to osiągnąć.

PS Feminizm nie jest brzydkim słowem. Nie bójmy się go używać!

 

 

 

 

Listopad to Miesiąc Pisania Powieści. NaNoWriMo 2016

Wystartowało.

NaNoWriMo, czyli National Novel Writing Month to akcja, która odbywa się co roku w listopadzie. Polega na tym, by w miesiąc napisać powieść liczącą 50 000 słów. Piszą ludzie na całym świecie, spotykając się wirtualnie i realnie w ramach tzw. WIP-ów, czyli spotkań typu „Wstąp i Pisz”. Siadamy w jakieś kawiarni z laptopami i wspólnie piszemy, co jakiś czas chwaląc się jakimś wyjątkowo zgrabnym zdaniem albo pytając o najlepsze sposoby na zabicie bohaterów.

W NaNoWriMo brałam udział już trzy razy: w 2012, 2013 i 2014 roku, przy czym wygrać (czyli napisać te 50 000 słów) udało mi się tylko raz. Ale zabawa i tak była przednia, bo w końcu nie samą wygraną chodzi, a o radość z tworzenia i możliwość dzielenia się tym ze światem. Rok temu życie zmusiło mnie do odpuszczenia, ale teraz wracam do gry.

okladka

Okładka

Do wczoraj nie miałam pojęcia, o czym będzie moje tegoroczna powieść, po czym zaatakowało mnie chyba milion pomysłów. Początkowo wydawało się, że to niemożliwe, żeby w jednym tekście połączyć postapo (ostatnio kocham postapo), sci-fi i kosmosy, a do tego (anty)utopię z obowiązkowymi wątkami LGBT.

Ale… gdyby tak zniszczyć Ziemię i uciekać w kosmos na jakąś podobną planetę, planując stworzyć tam zupełnie nowe społeczeństwo?

Właśnie o tym będę pisać w tym roku. Poniżej „oficjalny” blurb:

Rok 2516. Ludzkość w końcu doprowadziła do końca świata. Zrobiło się duszno i ciasno, za każdym rogiem czają się niebezpieczeństwa…

Na szczęście mieszkamy w Wolnym Mieście Środa. To właśnie tutaj przed początkiem Końca Świata przygotowano najnowszy europejski Port Lotów Międzyplanetarnych. Jeden z nas jest świetnie przeszkolonym pilotem. Dwoje pracowało przy projekcie Szmeterling – wiedzą, gdzie znaleźć planetę, na której panują warunki do życia i na której tuż przed początkiem Końca Świata wylądowali Amerykanie. Nikt nie wie o naszym planie. Uciekniemy szybko i w tajemnicy.

Czy coś mogłoby pójść nie tak?

„W górę serca” to powieść o tym, że i tak wszyscy zginiemy, a idealny świat nie istnieje.

PS Uwielbiam, gdy tytuły moich tekstów są jednocześnie cytatami.