Mężczyźni mojego życia [1]: Marek Hłasko

Są tacy ludzie, których nigdy nie poznaliśmy, nigdy nie spojrzeliśmy im w oczy, nigdy nie podaliśmy im ręki, a którzy mimo wszystko są nam niesamowicie bliscy.

Dla mnie taką osobą jest Marek Hłasko.

Urodziłam się wiele lat po jego śmierci, a jednak w pewnym momencie go poznałam. To chyba było w liceum, bo przecież każda zbuntowana w intelektualny sposób nastolatka powinna czytać prozę Hłaski i poezję Wojaczka. Tak, Wojaczka też czytałam i do dziś mam do jego wierszy sentyment, ale to nigdy nie była taka więź.

Hłasko był z innego świata. Tak zupełnie. I nie mam tu na myśli tego, że przeżył okrucieństwa wojny i żył w kraju, którego ja już nie oglądałam (i obym nigdy nie musiała). Nie, nie chodzi mi o czas i miejsce (miejsce mamy nawet wspólne, o czym świadczy cytat zapraszający na mojego bloga). Fascynowało mnie jego życie. Takie… szalone, wyrywające się schematom, nie do zaszufladkowania. Tak, szalone. Ale jednocześnie smutne, wręcz tragiczne. Samotne. Czytając prozę Hłaski, nie płakałam nad jego bohaterami. Płakałam nad nim samym. Płakałam i tęskniłam.

Kochałam Hłaskę tak, jak się kocha bohaterów literackich. Fascynował mnie, bo mu współczułam. To on napisał najpiękniejsze słowa o miłości, które już kiedyś tu przytaczałam. To on pięknie podsumował całą ludzkość:

Ktoś kiedyś powiedział, że historię ludzkości można spisać na bibułce od papierosa: rodzili się, cierpieli, umierali – tak to chyba wygląda.

Dzisiaj nie ma już strony, na której ktoś pieczołowicie zamieszczał wywiady z Hłaską – także w formacie audio. Dzięki tej osobie mogłam usłyszeć jego głos w archiwalnych radiowych nagraniach. Był taki, jaki powinien być.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Marek_H%C5%82asko_and_Krzysztof_Komeda.JPG

wikipedia.org

Czytałam ostatnio biografię Krzysztofa Komedy pióra Magdaleny Grzebałkowskiej. Czytałam i tęskniłam. To dziwna tęsknota, bo przecież tak naprawdę nie chciałabym żyć wtedy, tam, razem z nimi. Przede wszystkim: nie należałabym do tego grona. Grona postaci niezwykłych, utalentowanych, a zarazem trochę (trochę?) przeklętych. Komeda umarł przez Hłaskę – trudno temu zaprzeczyć. Hłasko zmarł niedługo po nim. Czy tego chciał? Chyba już nigdy się nie dowiemy. Niektórzy mówią, że nie, przecież w końcu wszystko zaczęło się układać, miał pisać scenariusze, miał żyć z Esther. Niektórzy przypominają: „Jeśli Krzysio umrze, to ja też pójdę”.

Pamiętam, gdy pierwszy i jak dotąd jedyny raz stanęłam nad jego grobem. Miałam 19 lat, chyba pierwszy raz pojechałam sama do Warszawy – wszystko miało wtedy intensywny smak wolności i szczeniackiej niezależności. Patrzyłam na napis „Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni” i położyłam na nim jedną czerwoną różę, choć wtedy wydawało mi się, że bardziej odpowiednio będzie wypić kieliszek wódki. To był czas, kiedy słuchałam punka i kiedy nie zgadzałam się na otaczającą mnie rzeczywistość (nie przyszło mi wtedy do głowy, że w przyszłości nie będę się zgadzać jeszcze bardziej, choć w zupełnie innym rytmie). Wtedy do życia przygrywał mi zespół The Analogs. Nieprzypadkowo:

Przez wiele lat moim marzeniem było skompletowanie czarno-białego wydania „Dzieł wybranych”. Do dziś na mojej półce stoi cały rząd jego książek. Niektóre tytuły się powtarzają, ale nie powtarzają się wydania. Są w nich moje podkreślenia, moje notatki. Kawałek mojej duszy.

Hłasko jest jednym z mężczyzn mojego życia. To on w dużej mierze ukształtował moją wrażliwość: to dzięki niemu wzruszam się w tych konkretnych momentach, oddziałują na mnie odpowiednie słowa, płaczę przy określonych piosenkach. I nieustannie tęsknię.

Dzisiaj mija 49 lat od śmierci Marka Hłaski.

 

Reklamy

O Dniu Kobiet – nie tylko dla kobiet

Słuchałam dzisiaj radia. Mówiono wiele o tym, że kobiety są takie, a mężczyźni tacy. Że kobiety robią to, a mężczyźni nie robią tego. Że kobietom lepiej wychodzi to, a mężczyznom tamto. Słuchałam i smutniałam. Dlaczego wciąż karmimy stereotypy?

To nie płeć determinuje nasze cechy, umiejętności i kompetencje. Moja wrażliwość nie wynika z tego, że jestem kobietą. Mój humanistyczny czy analityczny umysł nie jest kwestią mojej płci. Moje zainteresowania nie są ani kobiece, ani męskie. Są moje. Tak jak cała reszta: to nie są cechy mojej płci. To cechy jednostki, konkretnej osoby.

Czego chcę życzyć nam wszystkim – i kobietom, i mężczyznom – z okazji Dnia Praw Kobiet? Szacunku. Zrozumienia. Patrzenia na konkretnego człowieka nie przez pryzmat płci, koloru skóry, orientacji seksualnej, religii czy jakiekolwiek stereotypu. Życzę nam, żebyśmy pozwalali sobie nawzajem wybierać. Żebyśmy traktowali się równo. Bo wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi.

Życzę nam, byśmy dostrzegali w innej osobie człowieka. Tylko tyle, a zarazem aż tyle.

Czytało się w 2016 roku

W tym roku czytałam naprawdę różne rzeczy. Sporo literatury, która można nazwać feministyczną: o kobietach i dla kobiet. Tutaj muszę podkreślić przede wszystkim niesamowicie ciepłą i mądrą Fannie Flagg, której „Babska stacja” udowadnia światu, że kobiety wcale nie są gorsze. Tylko jakoś temu światu głupio to przyznać, niestety. Przy okazji bardzo rozczarowała mnie Sarah Waters: okazało się, że przeczytałam już wszystkie jej książki, co oznacza, że teraz muszę czekać, aż napisze kolejną. Stricte feministycznym tytułem, po jaki sięgnęłam w tym roku, było „Zakazane ciało”, czyli szybka przejażdżka po historii męskiego podejścia do kobiecego ciała. Dawno żadna książka nie obudziła we mnie takiej złości. Może tylko przeczytane później „Piekło kobiet”, które okazało się boleśnie aktualne.

Największym odkryciem 2016 roku zdecydowanie było dla mnie post-apo. Zaczęło się od trylogii „Metro” Dmitrija Glukhovskiego. Oczywiście, tego cyklu nie mogę nazwać arcydziełem, ale spodziewałam się marnego czytadła (w końcu o „Zmierzchu” też dużo się mówiło), podczas gdy dostałam całkiem przyzwoitą powieść drogi. Potem szukałam innych książek w tym klimacie i tak znalazłam „Ostatni brzeg”, który okazał się strzałem w dziesiątkę: nie dość, że to historia o nadchodzącej zagładzie, to jeszcze o okręcie podwodnym! Rewelacja. Zainteresowanie wizjami końca świata sprawiło też, że złapałam się za książki o kosmosie i kosmitach. Muszę to wspomnieć o „Wojnie światów”, którą uważam za wręcz rewolucyjną, jak na czasy, w których powstała, i o „Księżniczce Marsa”. Bardzo żałuję, że nie przetłumaczono na polski całego cyklu i że nawet tych kilka książek jest tak trudno dostępnych. Swoją drogą, polecam także całkiem niezły film, nakręcony na podstawie cyklu marsjańskiego.

Chciałam też sięgnąć do tak zwanych „znanych i lubianych” polskiej fantastyki, ale to okazało się dość rozczarowujące. Cykl o inkwizytorze Jacka Piekary nie zrobił na mnie absolutnie żadnego wrażenia, więc zrezygnowałam po dwóch książkach. W całości przeczytałam za to Sagę o Wiedźminie i choć styl Sapokowskiego poprawiał się z tomu na tom (po „Krwi Elfów” uznałam, że w ogóle nie umie pisać narracyjnie – wszystko załatwiał dialogami), to jednak w każdym z nich znalazło się coś, co mnie irytowało. Na tle opowiadań, do których zraziłam się kilka lat temu, saga wypada całkiem nieźle, ale wciąż nie zachwyca. Sapowski napisał kilka słabych książek, ale za to stworzył fantastyczny (dosłownie!) produkt. Gry o Geralcie rozchodzą się jak świeże bułeczki, a na każdym konkursie cosplayu jest co najmniej kilka osób przebranych za Ciri czy Yennefer. I zdecydowanie ten aspekt „Wiedźmina” podoba mi się dużo bardziej.

Nie ustawałam tez w poszukiwaniach dobrej słowiańskiej fantasy, co zakończyło się nawet pewnym sukcesem. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie książka „Słowo i miecz”, do której byłam dość sceptycznie nastawiona po wysłuchaniu prelekcji jej autora Witolda Jabłońskiego kilka lat temu. jest to bardzo ciekawa opowieść o początkach chrześcijaństwa opowiedziana z perspektywy pogan, którzy chcą walczyć o utrzymanie swojego porządku – niekoniecznie czysto, ale czy chrześcijanie wprowadzali swoją wiarę inaczej? Fascynację pogańskimi wierzeniami znalazłam też u K. B. Miszczuk w książce, którą mogłabym chyba sklasyfikować jako paranormalna romance. „Szeptucha” to typowe romansidło i nie warto oszukiwać się, że jest inaczej. Nie żałuję jednak, że po nie sięgnęłam, bardzo zaciekawiła mnie bowiem wizja współczesnego świata, w którym ponosimy konsekwencje zupełnie innej decyzji Mieszka I, niż znamy to z historii, a po miastach biegają rusałki i wąpierze. K. B. Miszczuk postawiła przed sobą bardzo trudne zadanie (historia alternatywna, w której minęło już 1000 lat od zmienionego wydarzenia), ale wydaje mi się, że poradziła z nim sobie całkiem nieźle. W ramach prelekcji na Dniach Fantastyki próbowałam udowodnić, że jej wizja świata nie jest całkiem spójna – ale wcale mi się to nie udało. Może dlatego, że o samym świecie Miszczuk pisze mało, skupiając się na wątku romantycznym i przeżyciach głównego bohaterki, ale to tak naprawdę ratuje tę opowieść. W każdym razie: warto rzucić okiem. Na „Xięgi Nefasa” Małgorzaty Saramonowicz w zasadzie też, bo i tutaj mamy do czynienia ze światem (tym razem w czasach Bolesława Krzywoustego), w którym pogańskie wierzenia zajmują bardzo istotne miejsce. Powieść jednak wydaje mi się przekombinowana i w efekcie nie uważam jej za szczególnie udaną. Po olejne tomy z pewnością sięgnę, ale raczej nie będę wydawała okrzyków zachwytu.

Książkę bardzo luźno nawiązującą do demonologii słowiańskiej napisała też Marta Kisiel. Jej „Dożywocie” ubawiło mnie do łez i dlatego też sięgnęłam do „Nomen Omen”, które okazało się powieścią zupełnie inną, choć również przepełnioną humorem. Główni bohaterowi poszukują grobu swojego dziadka, który na skutek przypadku powstał z martwych. We Wrocławiu nie jest to jednak takie proste: po wielu przedwojennych cmentarzach nie pozostał żaden ślad. Marta Kisiel przeplata geografię dzisiejszego miasta z historią Festung Breslau i ludzkimi dramatami: polskimi, niemieckimi… Z tego powodu po „Nomen Omen” zabrałam się za „Kronikę dni oblężenia” Paula Peikerta. Była to lektura o tyle poruszająca, że dotyczyła miasta, które dość dobrze znam i w którym żyję. Wywołała we mnie podobne uczucia, co „Zakazane ciało” i „Piekło kobiet”: ogromną złość, że ludzie pozwalają na coś tak okrutnego w stosunku do innych ludzi i że dzisiaj zdążyli już zapomnieć, jakim koszmarem jest wojna. Obyśmy szybko oprzytomnieli…

Na sam koniec podsumowania zostawiłam sobie książkę, nad która wylałam morze łez. „Oberki do końca świata” z radością postawiłam na swojej półce, bo wiem, że będę do nich wracać za każdym razem, gdy znów ogarnia mnie taka miejska tęsknota za odchodzącym światem pełnym muzyki, bliskości, magii i zaklęć… To chyba najlepsza przeczytana w tym roku książka. Nie, nie chyba – na pewno.

 

Podsumowanie w skrócie:

Książek przeczytanych: 41
Autorstwa kobiet: 12
Autorstwa mężczyzn: 29
Polskich autorów: 22 (ponad połowa!)

A czego chcę w przyszłym roku?
– reportaży
– biografii
– polskich autorów
– jeszcze więcej feminizmu

A oto pełna lista książek, które udało mi się przeczytać:

  1. Stephen King, „Lśnienie”
  2. Stanisław Przybyszewski, „Androgyne”
  3. Neil Gaiman i Terry Pratchett, „Dobry omen”
  4. Sarah Waters, „Pod osłoną nocy”
  5. Katarzyna Berenika Miszczuk, „Szeptucha”
  6. Marta Kisiel, „Dożywocie”
  7. Leopold Tyrmand, „Zły”
  8. Wit Szostak, „Oberki do końca świata”
  9. Andrzej Sapkowski, „Krew elfów”
  10. Marta Motyl, „Odcienie czerwieni”
  11. Narcyza Żmichowska, „Poganka”
  12. Haruki Murakami, „Sputnik Sweetheart”
  13. Witold Jabłoński, „Słowo i miecz”
  14. Dmitryi Glukhovskyi, „Metro 2033”
  15. Marek Krajewski, „Śmierć w Breslau”
  16. B. Strugaccy, „Piknik na skraju drogi”
  17. Dmitryi Glukhovskyi, „Metro 2034”
  18. Antoni Lange, „W czwartym wymiarze”
  19. Dmitryi Glukhovskyi, „Metro 2035”
  20. Fannie Flagg, „Babska stacja”
  21. Jacek Piekara, „Płomień i krzyż”
  22. Jacek Piekara, „Wieże do nieba”
  23. Edgar Rice Borroughs, „Księżniczka Marsa”
  24. Diane Ducret, „Zakazane ciało”
  25. Małgorzata Saramonowicz, „Xięgi Nefasa”
  26. Andrzej Sapkowski, „Czas pogardy”
  27. Andrzej Sapkowski, „Chrzest ognia”
  28. Andrzej Sapkowski, „Wieża jaskółki”
  29. Andrzej Sapkowski, „Pani Jeziora”
  30. Marta Kisiel, „Nomen Omen”
  31. Robert Schmidt, „Otchłań”
  32. Joanna Bagrij, „Oddech śmierci”
  33. Walter M. Miller, „Kantyczka dla Leibowitza”
  34. Tadeusz Boy Żeleński, „Piekło kobiet”
  35. Sarah Waters, „Ktoś we mnie”
  36. Paul Peikert, „Kronika dni oblężenia”
  37. George Wells, „Wojna światów”
  38. Nevil Shute, „Ostatni brzeg”
  39. Jules Verne, „20 000 mil podmorskiej żeglugi”
  40. Jurij Andruchowycz, „Moscoviada”
  41. Emily Jane Brontë, „Wichrowe wzgórza”

Wszystkiego najlepszego!

Dzisiaj obchodzimy Dzień Feminizmu. Myślę, że to wspaniała okazja, żeby opowiedzieć, dlaczego dzisiaj i ja świętuję.

Odpowiedź jest banalnie prosta: bo jestem idealistką. Marzę o świecie, w którym będziemy po prostu ludźmi i nikt nie będzie nikogo oceniał przez pryzmat płci, orientacji seksualnej, religii, narodowości czy koloru skóry. W końcu nie to jest ważne i nie to nas określa.

Dlatego dzisiaj otwarcie nazywam się feministką i chcę walczyć o tę idealną rzeczywistość. Oczywiście, wolałabym tego nie robić. Wolałabym, żeby ten wymyślony przeze mnie świat był tu i teraz. Ale jeszcze go nie ma, jeszcze daleka droga przed nami.

Nie chcę, żeby ktoś odmawiał mi jakichś umiejętności tylko dlatego, że jestem kobietą. Jeśli jestem dobrym inżynierem, to dlatego że mam wiedzę i kwalifikację, a nie dlatego, że jestem kobietą lub mężczyzną. Jeśli chcę pracować w kopalni, to dlatego że mnie to interesuje i mam odpowiednie predyspozycje, a nie ze względu na płeć. Kopalnia jest w ogóle świetnym przykładem. Przeciwnicy feminizmu lubią powtarzać, że jakoś kobiety nie kwapią się, by tam pracować. Mylą się: kobiety już to robią. Część z nich także na dole. A z drugiej strony: czy praca w górnictwie jest jakimś wyznacznikiem bycia mężczyzną? Czy każdy prawdziwy mężczyzna jest zatrudniony w kopalni? W żadnym razie. Wszyscy możemy wybierać takie zawody, jakie chcemy i do jakich się nadajemy, niezależnie od naszej płci. Niedawno zrobiono zresztą świetną kampanię, która doskonale ilustruje zagadnienie równych szans. Bo każdy z nas ma jakieś predyspozycje i umiejętności, które absolutnie nie mają nic wspólnego z naszą płcią, orientacją seksualną, (nie)pełnosprawnością czy narodowością.

Chciałabym, żeby dostrzegano we mnie pełnoprawnego człowieka, który potrafi sam o sobie decydować. Niestety, wciąż zbyt wiele osób chce wybierać z kobiety. Kiedy kobieta mówi, że nie chce mnie dzieci, słyszy, że jeszcze jej to przejdzie. Kiedy pyta o sterylizację, dowiaduje się, że na pewno zmieni zdanie. Na usta też ciśnie się wspomnienie głośnego projektu ustawy o planowaniu rodziny. Bo uważa się, że kobiety nie potrafią podejmować decyzji. Jeśli im się na to pozwoli, to przecież będą masowo usuwać ciąże.

Chciałabym też, żeby nie wyśmiewano żeńskich form gramatycznych. One naprawdę mają sens, bo przecież to językiem budujemy nasz świat. I jeśli dziewczynka słyszy tylko męskie formy pewnych zawodów, to nic dziwnego, że nie odważy się marzyć o zostaniu prezydentem (prezydentką!) czy strażakiem (strażaczką!), choć mogłaby się w nich spełniać. Inaczej sytuacja wygląda w krajach, gdzie w języku nie funkcjonuje kategoria rodzaju gramatycznego, tam dużo łatwiej wyobrazić sobie kobietę w męskiej roli, choć i tam często brakuje przykładu z góry.

we_can_do_itNie chcę też, żeby porównywanie do kobiety było dla kogokolwiek obraźliwe. Na ten temat też nakręcono bardzo dobry spot. Bo robienie czegoś jak dziewczyna nie oznacza, że robimy to gorzej. Nie chcę, by jak kobieta było obelgą. Nie chcę, by z jajami było komplementem. Nie podoba mi się, że kiedy dziewczyna nosi męskie ubrania, jest uważa za fajną laskę, a chłopak w rurkach to na pewno pedał. Nasza płeć nie determinuje naszej wartości. Ona naprawdę nie ma znaczenia.

Chcę być przede wszystkim człowiekiem. Chcę, żeby w naszym świecie nie było podziału na ludzi pierwszej i drugiej kategorii, także ze względu na płeć. Bo naprawdę jesteśmy równi.

I wierzę, mocno wierzę, że damy radę to osiągnąć.

PS Feminizm nie jest brzydkim słowem. Nie bójmy się go używać!

 

 

 

 

Listopad to Miesiąc Pisania Powieści. NaNoWriMo 2016

Wystartowało.

NaNoWriMo, czyli National Novel Writing Month to akcja, która odbywa się co roku w listopadzie. Polega na tym, by w miesiąc napisać powieść liczącą 50 000 słów. Piszą ludzie na całym świecie, spotykając się wirtualnie i realnie w ramach tzw. WIP-ów, czyli spotkań typu „Wstąp i Pisz”. Siadamy w jakieś kawiarni z laptopami i wspólnie piszemy, co jakiś czas chwaląc się jakimś wyjątkowo zgrabnym zdaniem albo pytając o najlepsze sposoby na zabicie bohaterów.

W NaNoWriMo brałam udział już trzy razy: w 2012, 2013 i 2014 roku, przy czym wygrać (czyli napisać te 50 000 słów) udało mi się tylko raz. Ale zabawa i tak była przednia, bo w końcu nie samą wygraną chodzi, a o radość z tworzenia i możliwość dzielenia się tym ze światem. Rok temu życie zmusiło mnie do odpuszczenia, ale teraz wracam do gry.

okladka

Okładka

Do wczoraj nie miałam pojęcia, o czym będzie moje tegoroczna powieść, po czym zaatakowało mnie chyba milion pomysłów. Początkowo wydawało się, że to niemożliwe, żeby w jednym tekście połączyć postapo (ostatnio kocham postapo), sci-fi i kosmosy, a do tego (anty)utopię z obowiązkowymi wątkami LGBT.

Ale… gdyby tak zniszczyć Ziemię i uciekać w kosmos na jakąś podobną planetę, planując stworzyć tam zupełnie nowe społeczeństwo?

Właśnie o tym będę pisać w tym roku. Poniżej „oficjalny” blurb:

Rok 2516. Ludzkość w końcu doprowadziła do końca świata. Zrobiło się duszno i ciasno, za każdym rogiem czają się niebezpieczeństwa…

Na szczęście mieszkamy w Wolnym Mieście Środa. To właśnie tutaj przed początkiem Końca Świata przygotowano najnowszy europejski Port Lotów Międzyplanetarnych. Jeden z nas jest świetnie przeszkolonym pilotem. Dwoje pracowało przy projekcie Szmeterling – wiedzą, gdzie znaleźć planetę, na której panują warunki do życia i na której tuż przed początkiem Końca Świata wylądowali Amerykanie. Nikt nie wie o naszym planie. Uciekniemy szybko i w tajemnicy.

Czy coś mogłoby pójść nie tak?

„W górę serca” to powieść o tym, że i tak wszyscy zginiemy, a idealny świat nie istnieje.

PS Uwielbiam, gdy tytuły moich tekstów są jednocześnie cytatami.

Piekło kobiet – wciąż aktualne?

W 1930 roku (czyli ponad 80 lat temu) Tadeusz Boy  Żeleński napisał cykl felietonów dotyczących prawa aborcyjnego, które w tamtym czasie polecało karać matkę i lekarza za jej dokonanie. Boy bardzo je krytykował, czego wyraz możemy odnaleźć w tych cytatach:

Głosić wzniosłe teorie o „prawie płodu do życia”, znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć… I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć po mostem z zimna, gdy matka – którą jej „święte” macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa – nie ma dachu nad głową.

Kodeks cywilny nie jest na wysokości zadania, nie uregulował kwestii dochodzenia ojcostwa ani alimentacji. Jak można ścigać jedynie matkę, która i tak ponosi wszystkie ciężary?

Bo, piętnując zabieg przerywania ciąży jako zbrodnię, wzbrania się go lekarzom, którzy z kodeksem się liczą, ale nie przeszkadza go uprawiać wszelkiego rodzaju partaczom, a wreszcie i samym matkom nie przeszkadza doświadczać na sobie „domowych” środków. Nie przerwie lekarz ciąży (poza wskazaniami ściśle lekarskimi) ani w szpitalu, ani w kasie chorych. Zatem, podczas gdy bogaci znajdą w takim wypadku pomoc lekarską, ubodzy są jej pozbawieni.

Czasem – właśnie jedna z matek zwierza mi listownie taki wypadek – lekarz tknięty współczuciem mówi: „Ja tego zrobić nie mogę, ale niech pani idzie do akuszerki, a jak się zacznie krwotok, niech pani mnie wezwie albo niech pani jedzie na klinikę”. I ten sam lekarza udziela – wówczas z czystym sumieniem – pomocy, o ileż w gorszych warunkach! Znowuż hołd obłudzie społecznej – ale jakim kosztem?

Jestem za absolutnym usunięciem paragrafu. Faktowi przerywania ciąży trzeba przeciwdziałać w inny sposób: za pomocą reform społecznych, ustaw o alimentacji, o dochodzeniu ojcostwa, za pomocą przeobrażeń opinii o nieślubnej ciąży. Ale walić wszystkie ciężary na matkę i grozić jej więzieniem, gdy ta, będąc w anormalnym stanie, próbuje się od nich uwolnić, to jest niegodne naszego ustawodawstwa.

[ustawa o aborcji – przyp. N.K.] jest to sprowadzenie człowieka do roli reproduktora, a kobiety do roli samicy.

A kto ma o tym rozstrzygać? Sędzia, który będzie sądził? To trochę za późno, gdyż w tej delikatnej sprawie sam fakt włóczenia po sądach jest najdotkliwszą karą, bez względu na zasądzenie czy uwolnienie.

Dlatego też dziecinne wydaje mi się rozumienie prawnego wiceprezesa sądu apelacyjnego, który utożsamia ewentualną niekaralność przerywania ciąży z zachętą do tego czynu, i obawia się, że to się odbije katastrofalnie na moralności. Cóż za dzieciństwo! Czyż to, że nowy kodeks usuwa np. karty za sodomię, znaczy, że wszyscy czekamy do tego momentu, aby się do niej rzucić?

Nie można chronić płodu, a nie troszczyć się o ciężarną matkę i o niemowlę po urodzeniu.

Przypuśćmy, że matka jest w ciąży; znalazłszy się w tej rozpaczliwej sytuacji, idzie, z narażeniem własnego życia, do „baby” i przerywa ciąża: za który to zbrodniczy czyn prawo skazuje ją na pięć lat więzienia. Co się przez te jej lata więzienia stanie z kilkorgiem dzieci pozbawionych matki, o to prawo nie pyta. Główna jego troska to – moralność. I co, którzy bronią tego stanu rzeczy, też utrzymują, że bronią moralności! Ale, skoro to jest wasza moralność, niechże was gęś kopnie, pozwólcie mi nadal zostać niemoralnym…

Proponuję, żeby wszyscy, którzy popierają projekt ustawy „Stop aborcji”, przeczytali na spokojnie Piekło kobiet Żeleńskiego (stąd właśnie pochodzą wszystkie cytaty). Zbiór felietonów jest dostępny za darmo i całkowicie legalnie dzięki projektowi Wolne Lektury. Choć minęło już 86 lat od publikacji tego dzieła, wciąż jest aktualne – i to chyba boli najbardziej. Nawet nie, wówczas chciano zrezygnować z ustawy, która całkowicie zabraniała aborcji pod groźbą kar. Dzisiaj chcemy do tego wrócić. Dzisiaj znowu chcemy stworzyć w Polsce piekło kobiet.

I jeszcze jedno nie zmieniło się od 1930 roku:

I tak sobie wszystko załatwili: kilku panów w sile wieku rozstrzygnęło o losach milionów kobiet i poszli, zadowoleni z siebie, na kolację.

Dlaczego protestuję?

Pierwszy raz w życiu na zorganizowanym proteście byłam wiosną, kiedy tylko pojawił się projekt ustawy „Stop Aborcji”. W niedzielę byłam na drugim. I coś mi mówi, że na tym się nie skończy.

Dlaczego protestuję przeciwko projektowi tej ustawy? Bo moim zdaniem jest barbarzyńska. Nieludzka.

W samolotach jest taka zasada, że najpierw należy zadbać o własne bezpieczeństwo, a dopiero potem o dziecko. Z tej prostej przyczyny, że martwa temu dziecku nie pomogę. Banalne, prawda? W dodatku całkiem logiczne! Ale twórcy ustawy „Stop Aborcji!” chyba o tej zasadzie nie słyszeli. Nie wychowam dziecka (na „przykładnego obywatela”), jeśli umrę przy porodzie lub w trakcie ciąży. Nie wychowam dobrze dziecka, jeśli będzie dla mnie symbolem największej traumy – gwałtu. Nie wychowam dziecka, jeśli ono umrze w cierpieniach kilka godzin lub dni po porodzie. Nie wychowam innego dziecka, jeśli prokuratura uzna, że celowo sprowokowałam poronienie i zdecyduje „pozbawić mnie wolności do lat trzech”.

Powtórzę: to nieludzkie i barbarzyńskie.

Jest też inna zasada, w myśl której powinnam udzielić komuś pomocy dopiero wtedy, gdy nie zagraża to mojemu bezpieczeństwu. Czyli nie muszę wchodzić do płonącego budynku, by kogoś z niego wyciągnąć. Mogę to zrobić, jeśli chcę, ale nie mam takiego obowiązku. Twórcy projektu wspomnianej ustawy chcą z kolei taki obowiązek nadać mnie i wszystkim innym kobietom. Nasze życie jest drugie w kolejności. Po pierwsze, ratujmy płód. Zawsze. No, chyba że to zagrożenie życia jest już bezpośrednie. Ale zdrowie (fizyczne i psychiczne) już nie ma takiego znaczenia. Dalej, o czym można było już przeczytać, jest też taka zasada, że nie można nikogo zmusić, by oddał komuś swoje ciało: w jakiejkolwiek formie. No, chyba że chodzi o kobiety. Kobiety można zmuszać. Ciała kobiet nie należą przecież do nich.

Powtórzę: to nieludzkie i barbarzyńskie.

Stałam w niedzielę na Rynku wśród wielu innych wkurzonych osób i chciało mi się płakać, że w XXI wieku muszę wyjść na ulicę i walczyć o to, by nie odebrano mi moich praw.

Dlaczego wciąż uważa się kobiety za gorsze? Dlaczego wciąż podejmuje się próby kontrolowania kobiet? Dlaczego wciąż ktoś chce decydować za nas, o nas, o naszych życiach? Dlaczego wciąż uważa się kobiety za niezdolne do dokonywania słusznych (czy w zasadzie jakichkolwiek) wyborów?

Dlaczego wciąż odmawia nam się prawa do bycia po prostu człowiekiem?

Ja mam już dość.

Dlatego właśnie protestuję. Już nie będę siedzieć cicho. Już nie można siedzieć cicho.

Wina mojego ciała

Mam taką świecką tradycję, że w weekendy poświęcam sporo uwagi rożnym zagadnieniom feministycznym. Najczęściej czytam znalezione w internecie artykuły, ale tym razem sięgnęłam po książkę, na którą ochotę miałam już od dłuższego czasu.

Zakazane ciało Diane Ducret przeczytałam w jeden dzień i zapłonęłam wściekłością. Niby wiedziałam, że nierówność płciowa stanowiła (i co gorsza, wciąż stanowi) problem, ale po zapoznaniu się z historiami przedstawionymi przez Ducret ta niesprawiedliwość dziejowa, że tak szumnie nazwę to zjawisko, zabolała mnie jeszcze bardziej.

Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji to zapis historii kobiecej zależności. To historia opowiedziana oczami kobiet, którym przez stulecia odbierano najbardziej podstawowe prawo decydowania o sobie. To historia kobiet, którym odebrano prawo wiedzy na temat swojego ciała. Którym odebrano prawo nawet do higieny, zdrowia, do godności i wolności.

Najbardziej boli mnie fakt, jak długo to wszystko trwało. I wcale się nie skończyło. Dawna historia już minęła, już o niej zapomnieliśmy. Ale zorganizowane, polityczne gwałty na Bałkanach w latach 90. to coś bliskiego. To czas, który nawet ja już pamiętam.  Końcówka XX wieku, cywilizowana Europa, a jednak takie rzeczy mają miejsce. To bardzo brutalny przykład, bardzo wyraźnie pokazujący, jak z kobiety można zrobić narzędzie politycznych i wojennych gier.

To nieludzkie.

Nieludzkie też jest zastanawianie się, czy kobieta ma prawo po porodu bez bólu (to też XX wiek). Nieludzkie było leczenie histerii przez wycinanie łechtaczki lub jajników. Nieludzkie jest traktowanie kobiet jako istot niższej kategorii tylko dlatego, że są kobietami. Dlatego że mają waginy zamiast penisów.

Co gorsza, takie podejście jeszcze gdzieniegdzie pokutuje. A ja nie chcę, żeby karano mnie (i inne kobiety, połowę ludzkości!) za to, z jakim ciałem się urodziłam. Dlatego tak trudno byłoby nie być feministką.

Książkę z czystym sumieniem polecam, choć można było napisać ją lepiej, dokładniej. Ale też myślę, że nie chodziło o skrupulatne przedstawienie historii, a raczej o pokazanie kilku dobitnych przykładów, żeby ułatwić zrozumienie zagadnień związanych z kobiecością. I może właśnie o pobudzenie tej wściekłości, która pozwoli nam dokonywać kolejnych zmian. Na lepsze, rzecz jasna.

***

We Francji co roku gwałci się siedemdziesiąt pięć tysięcy kobiety, bo wyglądały zbyt seksownie”, a równocześnie w laboratoriach farmaceutycznych pracuje się nad kremami, maściami i gadżetami odmładzającymi zmęczone narządy płciowe, surowo nakazując im odzyskać dawną jędrność. W Afryce odważni chirurdzy odtwarzają kobiece genitalia, które inni usilnie starają się zniszczyć. Podczas gdy w jednym miejscu stygmatyzuje się kobiety, które sięgnęły po antykoncepcję, w innym piętnuje się te, które – zbyt młode, by w ogóle o tym pomyśleć – uległy naturalnej ciekawości ciała i zaszły w ciążę.

Diane Ducret, Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji, Kraków 2016, s. 377

Z nadzieją jest mi do twarzy

Raz Dwa Trzy znam i słucham, odkąd tylko pamiętam. Trudno się dziwić – w końcu jesteśmy w tym samym wieku. I tak sobie razem dorastamy, dojrzewamy, spotykamy się, kiedy tylko możemy. I zawsze są to spotkania bardzo wyczekiwane, pełne wzruszeń.

Trudno mi powiedzieć tutaj cokolwiek więcej. Raz Dwa Trzy gra muzykę, która trafia w moje najczulsze miejsca. A gdy jeszcze wsłuchuję się w teksty Adama Nowaka, mam poczucie, że znajduję się w zupełnie innym, całkowicie magicznym i niedostępnym na co dzień miejscu.

Ta magia jest tak niezwykła także jeszcze z jednego, bardzo ważnego dla mnie powodu. Kiedy byłam mała, a Woodstock odbywał się w Żarach, chodziłam z tatą na koncerty. Staliśmy pod sceną, wokół tańczyli i skakali ludzie, na których patrzyłam z mieszanką zachwytu i lekkiego przerażania, i słuchaliśmy muzyki. Między innymi właśnie Raz Dwa Trzy. Do dzisiaj „Nikt nikogo” budzi we mnie skojarzenia z tą niezwykle ważną dla mnie imprezą. A to z kolei wywołuje kolejną falę wzruszeń.

I, co chyba dość dziwne, nie potrafię określić, która z piosenek lub chociaż płyt Raz Dwa Trzy jest moją ulubioną. Zawsze po wymienieniu jednego tytułu muszę dodać kolejne. Każda z tych piosenek jest dla mnie bardzo ważna i łączy się z ogromem emocji, uczuć i wspomnień.  Dlatego wybór poniższej piosenki wcale nie był łatwy. ” Jednak „W wielkim mieście” nie było grane w piątek i bardzo mi tego utworu brakowało, niech więc zabrzmi choć w takiej formie – w wersji z urodzinowego koncertu dwóch moich ulubionych zespołów (do dzisiaj nie wiem, dlaczego mnie tam zabrakło).

Pierwsze kinkażu w popkulturze

Potos_flavus_(8973438737)


To jest właśnie kinkażu. Źródło: wikipedia.org

Kinkażu (kinkajou) to zwierzę, które na pierwszy rzut oka przypomina lemura lub jakąś małpiatkę, ale tak naprawdę bliżej mu do szopów. Ma ogromne oczy i nieduże, odstające uszy, a do kompletu – chwytny ogon i takież kończyny. Żywi się głównie owocami, a aługi język pozwala mu wyjadać miód, z tego zresztą powodu jest nazywane także miodowym misiem. Przy okazji pełni taką samą funkcję, jak owady: pomaga zapylać kwiaty. Kinkażu żyje w Ameryce Środkowej, ale nie trzeba jechać aż tak daleko: można je także zobaczyć w ZOO w Poznaniu i w Łodzi.

Kinkażu można także trzymać także w domu, choć trzeba zapewnić mu wówczas odpowiednie warunki – wymaga dużo przestrzeni, a opieka nad nim bywa czasochłonna. Należy też cały czas pamiętać, że to jednak dzikie zwierzę, w dodatku aktywne nocą. Kinkażu w niewoli dożywa nawet 40 lat, więc może towarzyszyć nam przez większość życia. Zainteresowanych własnym kinkażu odsyłam na stronę Janda Exotics – są tam też informacje o innych ciekawych zwierzętach.

Yawning_kinkajou

A tak wygląda kinkażu, gdy ziewa. Kicha też śmiesznie. Źródło: wikipedia.org

Ostatnio o  kinkażu zrobiło się głośno – jakiś czas temu zafundowało niezwykłą pobudkę 99-letniej kobiecie, a chwilę potem inne uciekło z ZOO i udało się w podróż autobusem. Zwierzę jest przeurocze, zwłaszcza gdy bawi się wśród gałęzi i chowa w bluzie. Na YouTube można też znaleźć filmik-relację z kąpania kinkażu (nie wygląda na zachwycone), ale także nagrania obrazujące, że brak jednej z nóżek wcale nie przeszkadza w bieganiu po półkach. Ale to już dla tych bardziej zainteresowanych tematem.

Ten zoologiczny wstęp miał na celu zaprezentowanie znalezionej przez mojego kolegę wspaniałej piosenki z 1927 roku. Ze względu na jej wiek uznaliśmy, że dotarliśmy do pierwszego wykorzystania kinkażu w popkulturze, utwór nosi bowiem tytuł „Kinkajou”. Można było usłyszeć go w filmie „Rio Rita”, choć tam chyba odnosił się bardziej do bandyty   takim pseudonimie niż do samego zwierzęcia… Ale to nie ma znaczenia, piosenka jest bardzo optymistyczna i sprawia, że nogi faktycznie rwą się do tańca (tak jak możemy usłyszeć w tekście). Najlepiej do foxtrota (choć moja siostra-tancerka twierdzi, że bardziej do quickstepa) lub charlestona. Osobiście polecam słuchać jej rano, by wprawić się w dobry humor na resztę dnia. Warto też wtedy obejrzeć filmik z kinkażu na drzewie – sukces gwarantowany.