Wyjazdowe lato: Festiwal Słowian i Wikingów

Z Jomsborgiem miałam tak, jak z Castle Party (i trochę Pyrkonem, ale tu nic się nie zmieniło): od lat myślałam, żeby się wybrać, ale jak przychodziło co do czego, to albo zapominałam, albo były inne rzeczy, albo coś jeszcze. W tym roku zaś postanowiłam: jadę. I pojechałam.

IMG_20180804_170400

Tak właśnie wyglądał mój wczesnośredniowieczny strój słowiański

Ten wyjazd miał wiele plusów. Ot, chociażby pierwszy raz po naprawdę wielu latach zobaczyłam morze i sprawiło mi to ogrom przyjemności. Ale też wzięłam się w garść i uszyłam sobie giezło. I zapaskę. Ręcznie, lnianymi nićmi, tak jak trzeba. Rekonstrukcja historyczna (zwłaszcza wczesnego średniowiecza) interesowała mnie od dawna, ale też się nigdy nie składało, żeby zająć się tym na poważnie. A tu nie było wyjścia. Wiedziałam, że we współczesnym ubraniu będę się czuć trochę niekomfortowo, a jednocześnie kupowanie średniowiecznego stroju nie wchodziło w grę. Po powrocie z Castle Party siadłam więc i szyłam. Myślę, że efekt był całkiem niezły.

 

Ale do rzeczy. Co podobało mi się na Festiwalu Słowian i Wikingów? Przede wszystkim to, że był. Owszem, znalazły się niedociągnięcia (kto organizuje prelekcje tuż obok warsztatów muzycznych?!), ale generalnie byłam zbyt podekscytowana, żeby się nimi przejmować. Chodziłam od stoiska do stoiska i co chwilę wydawałam z siebie okrzyki zachwytu, podziwiając naprawdę niezwykłe rękodzieło. Kupiłam sobie przepiękną krajkę, polerowany róg i zapinkę do sukni (musiałam, naprawdę! Trochę poniosło mnie z wielkością dekoltu), ale wiem, że mogłabym zostawić tam dużo więcej pieniędzy. Przecudnej urody biżuteria, perfekcyjnie wykończone stroje, wspaniałe krajki, misternie kute rzeczy z żelaza. Udało mi się także znaleźć strzelnicę i mogłam zaspokoić swoją potrzebę obcowania z łukiem. No i nie mogę nie wspomnieć o stoisku z czymś, co można nazwać rekoburgerem: przepyszny burger właściwie w całości złożony z tego, co mogli jeść dawni Słowianie. Wikingowie pewnie też. I do tego w wersji wege. Tęsknię za nim okrutnie.

Bitwa o Wolin

Bitwa o Wolin. Nie widać tu wszystkich wojów.

Bitwa o Wolin również zrobiła na mnie wrażenie. Nawet nie dlatego, że brało w niej udział około siedmiuset wojów, ale bardziej ze względu na to, jak wspaniale prezentowały się drużyny. Uzbrojenie, ubiór, tarcze – wszystko było doskonale zrekonstruowane i naprawdę można było się wczuć. Oczywiście, ta bitwa była na niby, trupy wstawały i odchodziły na bok, a najgorsze obrażenia to pewnie pozdzierana skóra. Ale gdy się na to patrzyło, to mimowolnie przychodziły myśli o tym, że w czasie prawdziwej bitwy ciała zostawały pod nogami walczących, a ziemia nasiąkała krwią. Dzisiaj wojny prowadzi się inaczej: właściwie nie trzeba widzieć człowieka, któremu odbiera się życie. Wtedy chyba czuło się za to jakąś odpowiedzialność. No i zupełnie inne było nastawienie ludzi do śmierci, ale to właściwie temat na całkiem odrębny wpis.

W każdym razie wiem już, że za rok też pojadę. Ale chciałabym nocować na Jomsborgu w rekonamiocie, jeść rekodania z rekozastawy i polerować swój rekoróg. Taki mam plan!

Strzelanie z łuku tradycyjnego

Kiedyś będę miała swój łuk

Wyjazdowe lato: Castle Party

W tym roku lato zrobiło mi się dość festiwalowe. Dzisiaj na przykład wróciłam z mojego pierwszego Castle Party w Bolkowie i mam dziwne wrażenie, że jeszcze się tam pojawię.

Mimo tego całkiem dobrego przeczucia chciałabym zacząć od narzekań. Uważam bowiem, że miałam dużego farta, jadąc do Bolkowa jako kompletna ignorantka. Gdybym nastawiła się na przeżycia muzyczne, to srogo bym się zawiodła. Pierwszym takim rozczarowaniem byłby koncert zespołu Apoptygma Berzerk (o którym zresztą znajomi mówili mi, że będzie fantastyczny i w ogóle WOW, super, rewelacja). Mam brzydkie wrażenie, że był to playback, w dodatku przerywany. Ewidentnie coś nie stykało – czy to na poziomie kabli, czy jeszcze czegoś, na czym się znam – w każdym utworze pojawiło się kilka milisekundowych przerw. Efekt: nie dało się tego słuchać. Wyszłam w trakcie.

Drugi taki wstrząs to koncert grupy Project Pitchfork. I tu już (niestety) zdążyłam się nastawić, że zagwarantują mi niesamowite przeżycia. I w pewnym sensie się nie zawiodłam – moje wnętrzności jeszcze nigdy nie wykonywały tak szalonych podskoków wywołanych niskimi częstotliwościami. Czy akustyk zespołu był głuchy? Nie wierzę, że tego nie słyszał, ale – nie reagował. To kolejny koncert, z którego wyszłam w trakcie, bo również nie dało się wytrzymać. Dopiero po opuszczeniu zamku dźwięki były znośne. Na festiwalu tej wielkości coś takiego powinno być niedopuszczalne, ale nie tylko Apoptygma Berzerk i Project Pitchfork padły ofiarami fatalnego nagłośnienia. W The Eden House niesłyszalny był… główny wokal. Z ciekawości włączyłam sobie ich nagrania na Youtube i okazuje się, że to naprawdę przyjemna muzyka, jednak po koncercie absolutnie nie byłam w stanie tego stwierdzić.

Narzekać mogę też na punktualność, a raczej jej brak. Nie wiem, po co jest rozpiska godzinowa koncertów, skoro po pierwszym zespole przestaje być aktualna. Organizatorom Castle Party proponuję spotkać się z ekipą odpowiedzialną za Męskie Granie – bo oni wielokrotnie udowodnili, że można zrobić sporą imprezę z wieloma wykonawcami, na której wszyscy wystąpią punktualnie.

IMG_20180714_184612

A to moja stylizacja z soboty. W sam raz do pląsania przy muzyce Fauna.

No dobra, ale jednak musiało być coś fajnego, skoro mam zamiar jeszcze odwiedzić Bolków, prawda?

 

Jeśli chodzi o koncerty: Faun. Uważam, że był to najlepszy występ festiwalu. Absolutnie magiczny, klimatyczny, po prostu piękny. Niesamowity. Oprócz nich podobały mi się takie zespoły jak Gothminister, Tyske Ludder czy Samael (choć tutaj to wizualnie, bo muzycznie to jednak nie moja bajka). No i rewelacyjny piątkowy after, który zafundował nam Jeremiah Kane. Albo performance na ścianach zamku w wykonaniu teatru LineAct.

Najważniejsza jednak była dla mnie atmosfera. Zaspokoiłam swoją ogromną potrzebę atencji (gdybyście znaleźli mnie na jakimś zdjęciu, dajcie znać, proszę!). Mogłam wreszcie założyć te wszystkie ubrania, których zwykle nie mam gdzie nosić. I poznałam naprawdę świetnych ludzi, z którymi spędziłam wspaniały czas, bawiąc się na koncertach, rozmawiając w różnych bolkowskich miejscach czy nawet oglądając mecz (pozdrowienia dla ekipy z Lublina!). Zjadłam także kultowe pierogi z okienka i śmiem twierdzić, że warto odwiedzić Castle Party choćby po to, by ich spróbować. Są pyszne.

To były cztery piękne dni, w czasie których unosiłam się nad powierzchnią nierównego bolkowskiego bruku. Żałuję tylko, że nie załapałam się na pool party (a specjalnie kupiłam strój kąpielowy!) i imprezy w kościółku. Ale może za rok…

Thanks God, It’s Over, czyli podsumowanie NaNoWriMo 2014

Tegoroczne NaNo mogę podsumować właściwie jednym słowem: porażka. Niestety, nie udało mi się napisać powieści ani nawet pięćdziesięciu tysięcy słów. Przegrałam z czasem. Musiałam go dzielić na studia, dwie prace i na pisanie po prostu już go zabrakło.

Ale to nic strasznego. Po prostu nie kupię sobie w tym roku Scrivenera i nie wydam sobie dwóch egzemplarzy mojej powieści – może akurat znajdzie się „prawdziwe” wydawnictwo, jak już napiszę. Bo nie zamierzam porzucać pomysłu. Wydaje mi się na tyle ciekawy, że warto w nim trochę podłubać: ale już bez presji, powolutku, nawet po kilkanaście słów dziennie.

A za rok – czwarte podejście!

Bo warto, wciąż uważam, że warto poczuć tę niesamowitą atmosferę pisarskiego święta, miesiąca szalonej kreatywności, warto pisać wśród ogromnej grupy wariatów, którzy również chcą stworzyć powieść w 30 dni. To właśnie jest najważniejsza magia NaNo.

Participant-2014-Twitter-Profile

Nadciąga listopad

Participant-2014-Twitter-Profile… a w listopadzie, już tradycyjnie, pisze się powieści. W porównaniu do ubiegłego roku dość późno poczułam magię NaNo (właściwie to wczoraj), ale na to swoje plusy: zostały mi tylko dwa tygodnie oczekiwania. Oczekiwania i jednocześnie kompulsywnego planowania, nerwowego poszukiwania i pełnego ekscytacji paplania o swojej NaNoPowieści.

W tym piszę o umieraniu. Umieraniu rozumianym na wiele sposób – a wszystko w konwencji horroru. Zapewne będą pojawiać się fragmenty.

Oczywiście, pomysł może się zmienić. W końcu tak działa NaNo: pozwala się zaskoczyć, przewrócić zaplanowaną fabułę do góry nogami, ponieść się niczym nie skrępowanej, radosnej twórczości. I o to właśnie chodzi.

Jeszcze dwa tygodnie.

Nie mogę się doczekać.

VII Kalejdoskop Kultur

Bardzo, ale to bardzo lubię tę imprezę. W zeszłym roku to własnie w ramach Kalejdoskopu Kultur wystąpił Kozak System (wtedy też przeprowadziłam z chłopakami wywiad – mój pierwszy po ukraińsku). Tym razem na scenie na Wyspie Słodowej miały zagrać trzy ukraińskie zespoły.

Gwiazdą wieczoru była grupa Mandry. Niestety, ich koncert w ogóle mnie nie porwał. Być może dlatego że nie doczekałam się piosenki o rusałkach – moim zdaniem ich najlepszej, najmniej biesiadnej, niezwykle klimatycznej, wspaniale oddającej atmosferę księżycowej nocy nad rzekę, kiedy brzeginki wychodzą ze swoich kryjówek…

Zupełnie inaczej wspominam występ zespołu DrymbaDaDzyga, który wprost oszałamiał energią kipiącą ze sceny. Świetny – etniczny – głos wokalistki w połączeniu z żywiołową muzyką nie mógł mnie nie zachwycić. Już kiedyś spotkałam się z ich twórczością, ale muszę przyznać, że dopiero teraz czuję się naprawdę zainteresowana. Co w zasadzie nie jest niczym nowym – bardzo często to koncerty są decydujące w kwestii mojego uwielbienia dla jakiegoś wykonawcy. A tutaj dostałam to wszystko, czego mogłam od dobrego występu oczekiwać: świetną muzykę, dobrą energię i radość z wspólnego grania.  Dla tych, którzy nie wierzą – pod tym linkiem nagranie z ich koncertu na Woodstocku (z 2008 r., jeśli dobrze pamiętam – dlaczego ich ominęłam?!).

Serię trzech ukraińskich koncertów rozpoczynał młody zespół Joryj Kłoc, którymi zresztą opiekuje się agencja PUGU PUGU Art. Pod ich skrzydłami w Polsce rozwija się także bractwo tradycji kozackiej SPAS – ich również mogliśmy podziwiać na tegorocznym Kalejdoskopie Kultur. Młodzi Ukraińcy mieli trudne zadanie: grali o dość wczesnej porze i to jeszcze w deszczu, publiczność nie była więcej zbyt liczna. Jednak im w niczym to nie przeszkodziło. Dali naprawdę świetny, pełen energii i humoru koncert, który porwał tę garstkę widzów stojących pod sceną. Sama jestem nimi zachwycona: gdy tylko ponownie ruszy Kozacka Nuta, na pewno zechcę przybliżyć słuchaczom ich twórczość. A póki co zostawiam tutaj ich piosenkę, która od wczoraj siedzi mi w głowie i wcale nie chce jej opuścić. I czekam na kolejną edycję!

Aleksander Dumas, „Hrabia Monte Christo”

Nie wiem, od czego powinnam zacząć: od tego, że jest mi strasznie wstyd, że „Hrabiego Monte Christo” przeczytałam dopiero mając prawie 24 lata, czy może raczej od tego, że właśnie kolejny raz zakochałam się do szaleństwa?

Zacznę może od aktu skruchy: „Hrabia Monte Christo” to nie pierwsza i na pewno nie jedyna powieść, którą powinnam była przeczytać wiele lat temu. Nie zrobiłam tego, nad czym ubolewam, ale zdecydowanie bardziej cieszę się, że w końcu nadrobiłam zaległości. Pozostaje mi jedynie jakiś smutek, że tyle lat przeżyłam, nie znając tak wspaniałej historii, w której teraz przyszło mi się zakochać. W gruncie rzeczy to nic niezwykłego: nieustannie zakochuję się w powieściach i w płytach, w cudownych historiach i wzruszających utworach. Ot, taki już mój los.

Ale do rzeczy.

„Hrabia Monte Christo” to powieść przygodowa w najdokładniejszym i najlepszym tego słowa znaczeniu. Porywa już od pierwszych zdań, kiedy poznajemy młodego Edmunda Dantesa i od razu obdarzamy go sympatią. Tym trudniej potem zrozumieć nieszczęścia, które na niego spadają, i tym większe jest nasze, czytelników, współczucie dla niego. Z tego też powodu przez całą powieść trzymałam kciuki za hrabiego Monte Christo, choć niejednokrotnie jego działania budziły moje wątpliwości, a nawet pewną formę sprzeciwu. Ale to jest właśnie siła tej powieści! Bohaterowie nie są papierowi, nie są czarno-biali, nie są jednoznaczni. Oczywiście, są tu wyjątki. Na przykład Benedetto czy Carderousse albo rodzina Morrelów z drugiej strony barykady. Pozostali jednak wiodą „normalne” życie, na którym ich wcześniejsze zbrodnie kładą cień dopiero pod koniec powieści, zamieniając ich egzystencję w koszmar. Przecież sam Monte Christo często budzi wątpliwości natury moralnej, prowadząc dość zbytkowne życie i bawiąc się (bo trudno to inaczej nazwać) uczuciami innych osób, często niewinnych.

Nie tylko kreacja bohaterów zasługuje na pochwały i zachwyty, ale także sposób prowadzenia narracji – trzymający w napięciu od początku do końca. Przez większość czasu czytałam tylko w komunikacji miejskiej, ale trzeci tom pochłonęłam właściwie w jeden dzień. I to cud, że w ogóle poszłam wczoraj spać, bo niezwykle kusiło mnie, żeby przeczytać go za jednym razem. Nic dziwnego, że „Hrabiego Monte Christo” uznano za największy sukces Dumasa. Wyobrażam sobie, jak jego czytelnicy czekali na każdy kolejny odcinek… Aż im trochę współczuję.

Tak teraz sobie pomyślałam, że gdyby ktoś mnie zapytał, co najbardziej podobało mi się w tej powieści, musiałabym odpowiedzieć, że wszystko. Nawet wątki miłosne, które zajmowały sporą część historii i były dość naiwne. Jedyne, co mnie naprawdę irytowało, to zwroty do czytelnika i zdrobnienia – Walentyna o panu de Noirtier nieustannie mówiła „dziadzio”. Ale muszę tutaj też przyznać, że bardzo pasowało to do całej jej postaci.

Słowem podsumowania: kto nie czytał, niech szybko nadrabia!

***

Wtedy Dantesowi momentalnie rozjaśniło się w głowie: wszystko, co dotychczas było mrokiem, stanęło jakby w pełnym blasku dnia. Owe nagłe wahania Villeforta zachodzące w toku śledztwa, zniszczeniu listu, przysięga niemal wymuszona, ten prawie błagalny głos sądownika, który miast grozić, zdawał się prosić – wszystko to stanęło więźniowi przed oczami; krzyknął, zatoczył się jak pijany, potem skoczywszy ku otworowi lochu, co prowadził do jego celi, rzucił”

– Ach, muszę być sam, żeby pomyśleć o tym wszystkim!

Rzecz o spełnionych marzeniach, czyli Okean Elzy zagrał w Warszawie

Trudno będzie napisać coś składnego, ponieważ ciągle pozostaję pod ogromnym wrażeniem tego, co we wtorek działo się w warszawskiej Stodole. Wiem jedno – było warto tłuc się pociągiem i potem stać prawie godzinę w ogromnej kolejce do wejścia. Naprawdę, było warto.

Zacznę od tego, że naprawdę czekałam na ten koncert. Nie potrafię do końca wyjaśnić fenomenu Okeanu Elzy, ale to zespół kultowy, niezwykły, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że genialny, choć to można uznać za przesadę. Niemniej: ich koncert w Warszawie był sporym wydarzeniem, o czym świadczy chociażby liczebność fanów.

Ale ja nie o tym miałam. Miałam napisać o tym, że przez długi czas raczej nie pójdę na żaden koncert. Nie będzie po co: drugi raz czegoś tak wspaniałego szybko nie zobaczę. Wzruszenia i emocje zaczęły się jeszcze przed wyjściem na scenę zespołu, gdy widownia zaczęła śpiewać hymn Ukrainy – naprawdę głośno i od serca, a mnie aż przeszły dreszcze, które potem towarzyszyły mi aż do ostatnich dźwięków koncertu. Niewyobrażalną przyjemność sprawiło mi wysłuchanie moich ulubionych piosenek na żywo, zwłaszcza że naprawdę długo na ten moment czekałam. Nie będę tutaj wymieniać, które utwory zrobiły na mnie największe wrażenie, bo musiałabym chyba zacytować całą setlistę, która – swoją drogą – była świetnie zaplanowana. Muzycy zagrali piosenki właściwie z wszystkich okresów swojej twórczości, nie ograniczając się tylko do ostatniego albumu.

Koncert trwał dwie godziny, a w tym zmieściły się trzy bisy (wcale nie nasuwa mi się skojarzenie z SOAD na ich niekorzyść!). Choć jak dla mnie – mogliby stać na scenie jeszcze drugie tyle, a i tak byłoby mało. I wydaje mi się, że nie tylko ja mam takie zdanie, ponieważ publiczność przyjęła Okean Elzy bardzo, bardzo entuzjastycznie. Tak bardzo, że zaskoczyła tym muzyków, którzy z niedowierzaniem patrzyli na to, co dzieje się pod sceną. Tutaj przypomina mi się zdumienie Wakarczuka, który chciał, by „Koly nawkoło ni duszi” zabrzmiało w zupełnej ciszy, a która zapadła momentalnie. Tylko poprosił – i nagle wszystko ucichło. Polska (a właściwie polsko-ukraińska) publiczność naprawdę stanęła na wysokości zadania i pokazała, że warto u nas koncertować.

Nieśmiało powiem, że to był to najlepszy koncert, na jakim w ogóle kiedykolwiek byłam. Piszę tę notkę drugi dzień, bo nie potrafię wyrazić swojego zachwytu, a teraz takiej strasznej pustki, która zawsze mnie ogarnia na dzień lub dwa po tak dobrym widowisku. Siedzę, oglądam filmiki w fatalnej jakości i znowu czuję te same dreszcze i te same wzruszenia, wymieszane jednak ze smutkiem, że to już było, już się skończyło, że zostały tylko wspomnienia. Wspomnienia niezwykłe i piękne, ale jednak tylko wspomnienia.

I tak na zakończenie: zawsze myślałam, że reakcje fanów w poniższym teledysku są przesadzone. Okazało się, że w rzeczywistości piski i okrzyki są głośniejsze, a łzy leją się rzęsiściej.

Klezmafour w Synagodze pod Białym Bocianem (23.01.2013)

Klezmafour pierwszy raz usłyszałam i zobaczyłam na którymś Przystanku Woodstocku: grali wtedy koncert na scenie folkowej. Nie pamiętam już nawet, dlaczego tam trafiłam – w końcu wcześniej nie słyszałam nawet ich nazwy. Ale warto było: panowie praktycznie rzucili mnie na kolana w to błoto, którego po ulewie wszędzie było pełno. Naprawdę, byłam zachwycona.

Koncert w Synagodze pod Białym Bocianem (moim ukochanym koncertowym miejscu we Wrocławiu!) był moim drugim spotkaniem z Klezmafour. Cieszyłam się na nie, bo spodziewałam się, że tak wysoko postawionej poprzeczki panowie raczej nie opuszczą – i miałam rację. Koncert zaczął się mocnym akcentem: utworem „W górę”, pochodzącym z nowej płyty Klezamfour. I tyle właściwie wystarczyło, by zarazić publiczność naprawdę niesamowitą, pozytywna energią. A to był dopiero początek! Nie spodziewałam się, że w końcu cała Synagoga wstanie i zacznie skakać, a tak właśnie się stało. Zresztą, zapowiadał to już Stanisław Rybarczyk, dyrektor artystyczny cyklu Koncertów Hawdalowych, w ramach którego Klezmafour wystąpili. Zdecydowanie miał rację! Skakali i tańczyli naprawdę wszyscy: zarówno dzieci, jak i osoby starsze. Wcale się nie dziwię, bo naprawdę niełatwo byłoby usiedzieć na miejscu.

Wydaje mi się, że w dużej mierze to zasługa tej radości, którą daje muzykom wspólne grania i która natychmiastowo udziela się publiczności. Ja właśnie to uwielbiam w koncertach: chłonąć tę pozytywną energię, pozwolić jej przepływać, sycić się nią i nie powstrzymywać uśmiechu, a czasem nawet szczerego i głośnego śmiechu czy łez wzruszenia, przenieść się do innego wymiaru, w którym wszystko staje się wspanialsze. Właśnie tak czułam się po wyjściu w czwartek z synagogi: świat wokół wydawał się niezwykle piękny. I pomyśleć, że tak niewiele potrzeba mi do szczęścia – trochę cudownej muzyki w magicznym miejscu.

A  tym, którzy Klezmafour nie znają, polecam zapoznać się z ich twórczością. A najlepiej wybrać się na ich koncert, bo nagrania studyjnej nie oddają tej energii, tej magii, jaka towarzyszy ich muzyce.

Wygrałam NaNoWriMo!

2013-Winner-Facebook-Cover

W październiku myślałam, że ten wpis zatytułuję raczej „Napisałam powieść!”, ale okazało się, że ta powieść ma zdecydowanie inne plany. No i cóż – z fabułą jestem w lesie, ale w gruncie rzeczy nie przejmuję się tym zbytnio. Dokończę na spokojnie, bez nerwów i stresów.

A póki co będę się chwalić wszem i wobec, że jestem zwycięzcą! Udało mi się napisać 50 tysięcy słów w miesiąc, a nawet mam jeszcze jeden dzień zapasu. Ale chyba zrobię sobie wolne i spróbuję nawet nie myśleć o tej mojej powieści, której pod koniec miałam już naprawdę dość. Widzę, ile w niej niedociągnięć, ile rzeczy miałam niedopracowanych i nieprzemyślanych. Tak naprawdę czeka mnie jeszcze dłuuuuga droga, zanim stwierdzę, że „Nie bał się wilków, aniołów i bogów” jest skończone.

Ale teraz to wszystko detale. WYGRAŁAM NANOWRIMO! Czasem naprawdę nie wierzyłam, że się uda.

Chciałabym przy okazji podziękować wszystkim, którzy we mnie wierzyli i którzy trzymali za mnie kciuki, tym wszystkim, którzy cały czas jakoś mnie wspierali. Okazało się, że jest Was więcej niż się spodziewałam. Dziękuję!

A tutaj jeszcze mała ciekawostka:

I write like
H. P. Lovecraft

I Write Like. Analyze your writing!