Wyjazdowe lato: Castle Party

W tym roku lato zrobiło mi się dość festiwalowe. Dzisiaj na przykład wróciłam z mojego pierwszego Castle Party w Bolkowie i mam dziwne wrażenie, że jeszcze się tam pojawię.

Mimo tego całkiem dobrego przeczucia chciałabym zacząć od narzekań. Uważam bowiem, że miałam dużego farta, jadąc do Bolkowa jako kompletna ignorantka. Gdybym nastawiła się na przeżycia muzyczne, to srogo bym się zawiodła. Pierwszym takim rozczarowaniem byłby koncert zespołu Apoptygma Berzerk (o którym zresztą znajomi mówili mi, że będzie fantastyczny i w ogóle WOW, super, rewelacja). Mam brzydkie wrażenie, że był to playback, w dodatku przerywany. Ewidentnie coś nie stykało – czy to na poziomie kabli, czy jeszcze czegoś, na czym się znam – w każdym utworze pojawiło się kilka milisekundowych przerw. Efekt: nie dało się tego słuchać. Wyszłam w trakcie.

Drugi taki wstrząs to koncert grupy Project Pitchfork. I tu już (niestety) zdążyłam się nastawić, że zagwarantują mi niesamowite przeżycia. I w pewnym sensie się nie zawiodłam – moje wnętrzności jeszcze nigdy nie wykonywały tak szalonych podskoków wywołanych niskimi częstotliwościami. Czy akustyk zespołu był głuchy? Nie wierzę, że tego nie słyszał, ale – nie reagował. To kolejny koncert, z którego wyszłam w trakcie, bo również nie dało się wytrzymać. Dopiero po opuszczeniu zamku dźwięki były znośne. Na festiwalu tej wielkości coś takiego powinno być niedopuszczalne, ale nie tylko Apoptygma Berzerk i Project Pitchfork padły ofiarami fatalnego nagłośnienia. W The Eden House niesłyszalny był… główny wokal. Z ciekawości włączyłam sobie ich nagrania na Youtube i okazuje się, że to naprawdę przyjemna muzyka, jednak po koncercie absolutnie nie byłam w stanie tego stwierdzić.

Narzekać mogę też na punktualność, a raczej jej brak. Nie wiem, po co jest rozpiska godzinowa koncertów, skoro po pierwszym zespole przestaje być aktualna. Organizatorom Castle Party proponuję spotkać się z ekipą odpowiedzialną za Męskie Granie – bo oni wielokrotnie udowodnili, że można zrobić sporą imprezę z wieloma wykonawcami, na której wszyscy wystąpią punktualnie.

IMG_20180714_184612

A to moja stylizacja z soboty. W sam raz do pląsania przy muzyce Fauna.

No dobra, ale jednak musiało być coś fajnego, skoro mam zamiar jeszcze odwiedzić Bolków, prawda?

 

Jeśli chodzi o koncerty: Faun. Uważam, że był to najlepszy występ festiwalu. Absolutnie magiczny, klimatyczny, po prostu piękny. Niesamowity. Oprócz nich podobały mi się takie zespoły jak Gothminister, Tyske Ludder czy Samael (choć tutaj to wizualnie, bo muzycznie to jednak nie moja bajka). No i rewelacyjny piątkowy after, który zafundował nam Jeremiah Kane. Albo performance na ścianach zamku w wykonaniu teatru LineAct.

Najważniejsza jednak była dla mnie atmosfera. Zaspokoiłam swoją ogromną potrzebę atencji (gdybyście znaleźli mnie na jakimś zdjęciu, dajcie znać, proszę!). Mogłam wreszcie założyć te wszystkie ubrania, których zwykle nie mam gdzie nosić. I poznałam naprawdę świetnych ludzi, z którymi spędziłam wspaniały czas, bawiąc się na koncertach, rozmawiając w różnych bolkowskich miejscach czy nawet oglądając mecz (pozdrowienia dla ekipy z Lublina!). Zjadłam także kultowe pierogi z okienka i śmiem twierdzić, że warto odwiedzić Castle Party choćby po to, by ich spróbować. Są pyszne.

To były cztery piękne dni, w czasie których unosiłam się nad powierzchnią nierównego bolkowskiego bruku. Żałuję tylko, że nie załapałam się na pool party (a specjalnie kupiłam strój kąpielowy!) i imprezy w kościółku. Ale może za rok…